O przeklętym woźnicy z Łopienna
Dodane przez admin dnia Kwiecień 17 2015 09:00:00
W królewskim Gnieźnie żył pewien woźnica urodzony niegdyś w Łopiennie. W młodości woźnica służył na dworze króla Chrobrego, raz wiózł nawet królewskiego syna do gnieźnieńskiej katedry na ślub, czym dumnie chwalił się wszem i wobec. I dożyłby ów woźnica zapewne kresu swoich dni w stolicy, gdyby nie czeskie wojska księcia Brzetysława. Wieść hurmem uderzyła na miasto, że wróg zbliża się pod Gniezno i nie bierze jeńców. Wezwał więc arcybiskup woźnicę z Łopienna na swój dwór, mówiąc:
Treść rozszerzona
- Jak mi doniesiono, jako jedyny z woźniców królewskich znasz tajemny skrót przez niebezpieczne bagna za Dębnicą. Nie mam zaufania do młodzieńców, nie znają drogi, a i pewnie pokusa wielka, masz bowiem wywieźć z Gniezna te oto złote pierścienie ze skarbca. Masz jechać dzień i noc, aż dotrzesz na zamek królewskiej córki. Na północy będą skarby bezpieczne. I pamiętaj – o skrzyni ze skarbem nie może się nikt dowiedzieć.

Przytaknął arcybiskupowi woźnica, a po złożeniu przysięgi wyszedł z ozdobnej komnaty. Przed okazałym dworem arcybiskupa czekał już powóz zaprzęgnięty w dwie pary najokazalszych ogierów z królewskiej stadniny.

Gdy woźnica z Łopienna przedarł się przez niebezpieczne bagna, dał koniom odpocząć na leśnej polanie, a sam zajrzał do skrzyni, bo do listu dołączony był także klucz, którego miał strzec jak król swojego berła. Ledwie woźnica uchylił wieko, a jego oczom ukazały się złote pierścienie książąt, królów, arcybiskupów, biskupów i kanoników z gnieźnieńskiego skarbca, które gromadzono od lat. Im dłużej wpatrywał się w skarb, tym bardziej wzmagał się wiatr, aż połamał okoliczne drzewa. Pomyślał woźnica, że źle się stało, bo pewnie jakie licho przyuważyło, że wiezie skarb i teraz będzie go ścigać. Zamknął więc skrzynię na klucz i ruszył dalej w drogę.

Za Kłeckiem woźnica postanowił odwiedzić swoje rodzinne Łopienno i pochwalić się pewnej dziewczynie, która przed wielu laty odrzuciła jego oświadczyny, bo był zbyt biedny. - Teraz mnie przeprosi, gdy tylko zobaczy takie bogactwo – rozmyślał woźnica podjeżdżając pod stromą górę.

Ale czarcik łopieński rzeczywiście nie spał i tak nieszczęśliwie spłoszył konie, że te zamiast pod górę, zawróciły i z wielkim impetem runęły w głęboką wodę wraz z wozem topiąc cenny skarb.

Darmo szarpał się woźnica na głębokiej toni i wzywał pomocy. Dookoła cisza, tylko czarcik łopieński podbiegł po wodzie do woźnicy i rzekł: - Głupiutki, głupiutki, teraz skończysz marnie. Ale zanim pójdziesz w zimną kipiel, dobijmy targu - tyle ile pierścieni utopiło się w jeziorze, tyle ty mi na dno sprowadzisz topielców, wtedy może pomyślę, co dalej z tobą zrobić.

I po dziś dzień przeklęty woźnica z Łopienna co jakiś czas bierze na dno jednego człowieka, który kąpie się lub płynie łodzią. Mówią, że jeszcze przez kilkanaście lat nawiedzać będzie okolicę, bo pierścieni z gnieźnieńskiego skarbca było równo tysiąc.

Dawid Jung