O kłeckim ludwisarzyku Janie
Dodane przez admin dnia Marzec 11 2015 09:30:00
Zdarzyło się razu pewnego, że młodzieniec Jan, piękny i mądry, w którego rodzie ludwisarstwo było tradycją od trzech pokoleń, zakochał się w Annie, córce starosty. Chłopiec, choć z porządnej, mieszczańskiej rodziny, uznania u państwa starostwa nie znalazł, tylko połajankę i kpinę. Zakochani jednak co noc spotykali się na miłosnych wyznaniach i pieszczotach. Kłecko huczało od plotek zazdrośników, głównie od ubożuchnej szlachty z przedmieść, która codziennie po sumie w szynku na rynku „Pod bitym Szwedem” o ludwisarzyku Janie i staroścince Annie rozprawiała.
Treść rozszerzona
Wieści w Kłecku szybko się rozchodzą, zatem co prędzej starosta ze zbrojnymi pod dom ludwisarzy biegnie i rzecze w te słowa: - Jeśli raz jeszcze na płochej rozmowie i miłostkach spotkasz się z Anną, córką moją, życie swe stracisz. Takoż rzeczę przy świadkach, do czego mam prawo jako starosta królewskiego Kłecka.

Jan wzruszył tylko ramionami i ani myślał rezygnować z Anny. Nawet plebana kłeckiego przysyłano, że nie godzi się mieszczaninowi ze szlachcianką stany mieszać, nawet posłów arcybiskup posyłał w negocjacje coby dopomogli zakochanych rozdzielić. Na nic jednak słowa i groźby, miłość wieczną jest.

Jan i Anna przyrzekli sobie wierność dozgonną, a na pamiątkę ślubowania wzajemnej wierności wymienili się złotymi obrączkami, bo żaden kapłan w Kłecku ślubu udzielić im nie chciał, a młodzi wszem i wobec obwieścić swoje zaręczyny chcieli. Jednakże los okrutnym i nielitościwym bywa, miłości zrozumieć nie chce, przez co starostę kłeckiego w zaślepienie i furię pchnął. Gdy Jan w pracowni odlewał wielki dzwon dla kłeckiej fary do jego warsztatu wtargnął królewski starosta z uzbrojoną strażą. Młodzieniec ratunku już nie miał. Wściekły ojciec Anny kazał żywcem wrzucić młodzieńca do wrzącej kadzi, gdzie pod wielkim ogniem był rozpuszczony spiż, i patrzeć zebranym na śmierć chłopca, coby przestrogą i naganą być miało dla przyszłych adoratorów. A płynne żelazo, żeby zmarnować się nie miało i procesu sądowego nie było, nakazał okrutny starosta czym prędzej we formę dzwonu wlać.

Po wystygnięciu dzwonu z Jana nawet kosteczki nie zostało, tylko cieniutka smużka złota z obrączki zakochanych oblubieńców w części zwanej: serce.

Gdy dzwon zawieszono na wieżę kłeckiego kościoła, gdy pierwszy raz zabrzmiał, mieszczanie słyszeli tylko wielki płacz, po raz pierwszy dźwięk dzwonu do zadumy tak mocno nakłaniał jakby kataklizm całej ziemi lub wyniszczenie wielkie wróżył, był jak nieludzkie wołanie, szlochanie, zawodzenie i lament. I po dziś dzień ów janowy dzwon w Kłecku bije, jak płacz po niesprawiedliwej śmierci i stracie ukochanej. Ponoć, gdy prześwietna kapituła gnieźnieńska dowiedziała się o tej tragedii za pokutę na kolanach do Częstochowy szła kornie, że jednak miłość młodzianków prawdziwą była i od Boga dana, a świat nie zdołał jej zrozumieć. Anna wkrótce do zakonu wstąpiła.

Gdy zawitasz wędrowcze do Kłecka wsłuchaj się w bicie kościelnych dzwonów, wśród nich jest jeden szczególny. To dzwon zwany Janek. On codziennie płacze po ukochanej. Kto go posłyszy trzy razy, przez dni trzy z rzędu w południe gdy łka, ten szczęście w miłości znajdzie trwałe, tego los okrutnie nigdy nie doświadczy rozłąką.

Dawid Jung