„Hiszpanka” - opowiadanie o historii - po premierze prasowej
Dodane przez admin dnia Styczeń 15 2015 19:00:00
Zdaje się, że pierwszy raz samorząd włączył się w tak dużym stopniu w powstanie filmu fabularnego. Film szczególny dla Wielkopolan, choć może już nie tylko, przekonamy się po wejściu do kin, czy starania Marszałka Województwa Wielkopolskiego przyniosły pożądane efekty. „Hiszpanka” bo o tej produkcji mowa miała być po pierwsze megaprodukcją bez precedensu w Polsce, po drugie w jakiś sposób miała opowiedzieć o jedynym w historii Polski takim zwycięstwie jakim było Powstanie Wielkopolskie. Byliśmy wśród wybranej grupy dziennikarzy z kraju, którzy uczestniczyli we wczorajszej premierze prasowej „Hiszpanki”.
Treść rozszerzona
Pokaz odbył się w Multikinie w Warszawie, po pokazie specjalna konferencja prasowa z udziałem twórców filmu, a po niej spotkanie w Klubie 35 mm. Recenzji samego filmu poświęcimy odrębny artykuł. Dziś ograniczymy się jedynie do kilku ogólnych wrażeń, jakie pozostawia film oraz rozmowy z reżyserem Łukaszem Barczykiem.

„Hiszpanka” - wydaje się, że polski tytuł nie oddaje tego co niesie film. Sprowadza infekcję czy też grypę do grypy hiszpańskiej, angielska „Influenza” zdecydowanie inaczej określa oczekiwania widza. Trudno jednak pewnie szukać innego tytułu, zresztą mimo wszystko tytuł pozostawia domysł treści otwartym. Pierwsze pytanie na które warto odpowiedzieć po obejrzeniu filmu nim trafi do kin: Czy jest to mega produkcja zgodnie z obietnicą fachowców od promocji z Film Artu i z gabinetu marszałka? Tak. Zdecydowanie jest to mega produkcja, nie jest to jednak Hollywood, co akurat nie jest minusem. Mega produkcja bez mega budżetu, choć trzeba przyznać, że obsada czy gra aktorów nie daje podstaw do takich domniemań.

Żadnych podstaw nie dają też zdjęcia - to chyba jeden z bardziej wysublimowanych zdjęciowo film ostatnich lat polskiej kinematografii. Przy czym na wartość tychże zdjęć zdecydowanie wpływa nie tylko robota zespołu pod kierunkiem Kariny Kleszczewskiej P.S.C. Totalna symbioza autorów zdjęć z robotą Jagny Janickiej (scenografia) i Doroty Roqueplo (kostiumy). Mega robotę, bo pewnie stosunkowo niewielki zespół od efektów to też nie mega produkcyjny budżet - wykonali ludzie Platige Image. Montaż również górna półka. Więc jakkolwiek by nie patrzeć, efekt końcowy jak przy mega produkcji, chyba, że komuś mega produkcja kojarzy się milion obsadową scena batalistyczną.

Jeśli już mowa o wojnie, pytanie drugie, które zapewne posypie się ze strony różnej maści historycznych maniaków czy w istocie jest to film o Powstaniu Wielkopolskim? Scen batalistycznych tu jak na lekarstwo, trochę samolotów i kilka wybuchów i mało co strzelanki. Trup w każdym razie nie ściele się gęsto... Warto pamiętać to nie jest film o Powstaniu Warszawskim, w Wielkopolsce walczyło się głową, a nie hurra!!! z nagą piersią na czołgi. Dla przywiązanych do wtłoczonej nam przez szkołę i inne ośrodki centralnego przymusu wizji, która nierozerwalnie łączy heroizm z cierpieniem i krwawą jatką, film jest zagwozdką. Bezsprzecznie, przerzucenie walki Wielkopolan o „sprawę narodową” na pole sił mentalnych jest bardzo bliskie wielkopolskiej walce rozumem, pracą organicznikowską i gospodarczą.

Fabuła filmu osnuta na przygotowaniach do przyjazdu Paderewskiego wplatająca walki telepatów dr Abuse ze strony niemieckiej i Rudolfa Funka stającego po polskiej stronie zmagań – pozwala przenieść ciężar filmu, a jednocześnie daje pole manewru pozornie trudnej dla widza narracji. Zdecydowanie jednak jest to film, który oddaje pewien klimat Poznania tamtych lat, rzecz nie w samych planach miejskich. Tytus Ceglarski to bardzo Wielkopolska postać. Aż samo się skojarzenie nasuwa, że to odrealniony Hipolit Cegielski. Pewna surrealność „Hiszpanki”, pozwala mimo zapowiadanej konwencji thrillera przeciąć misternie budowany klimat dość specyficznym humorem przedstawiającym „sprawy narodowe” z pewnym dystansem. Nie ma jednak kpiny i naigrywania się z patriotyzmu. Nawet jeśli konspiracja w sprawie przyjazdu słonia momentami wydaje się zabawna, ironia nie przekracza tu granicy smaku ani cynizmu. Wbrew pozorom słowa klucz i pointa, które do rozentuzjazmowanych powstańców wypowiada Tytus Ceglarski (maestro Jan Peszek) niosąc ciało swojego syna ani przez moment nie przeczą miłości do ojczyzny. Być może nawet są jej pełnią: „chciałbym Polski, w której biel i czerwień to truskawki i śmietana”... Mimo wszystko film wynosi powstanie, a kończy się znamiennym „Polska wróciła!!!”...Wydaje się, że to niezamierzone dopełnienie intrygującego, nieco magicznego obrazu tak naprawdę oddaje właśnie „pyrlandzkie” myślenie o Polsce. My znaczy nasi dziadowie – Wielkopolska, byliśmy zawsze na miejscu, niezależnie pod czyim zaborem, to Polski nie było – więc to ona wróciła. Istotną jest też przestroga w piosence jojo, historia lubi się zapętlać, warto odrobić więc lekcje. Jeśli jednak mało tu ognia i powstania sensu stricte, to przynajmniej wyciągnięto zapominany epizod Ławicy. Ocenę gry aktorskiej i sposobu komponowania środków filmowego wyrazu, muzyki i innych części składowych pozostawiamy recenzji.

- „Hiszpanka” jak się pewnie szybko państwo zorientowaliście, jest filmem historycznym oczywiście. Jest jednak w dużo większym stopniu miała być filmem o historii, o tym jak tę historię rozumiemy, jak ją konstruujemy i o tym jak historia się wydarza. Jest to film, który opowiada jakąś alternatywną wersję zdarzeń. Jesteśmy jednak wszyscy w takim momencie, kiedy na naszych oczach rodzi się historia. Widzimy jak wydarzenia, których jesteśmy świadkami są interpretowane przez ludzi, media i propagandę. Czasami zdarza się, że historia się na naszych oczach rozwarstwia. Mamy taki bolesny moment w historii, tej najnowszej, Katastrofę Smoleńską, która na naszych oczach podzieliła społeczeństwo. Połowa jest przeświadczona, że był to zamach, druga połowa jest zdania, że doszło do wypadku. Jedni i drudzy w duchu swoich przekonań wychowają swoje dzieci, a potem swoje wnuki. Krótko mówiąc za te 50 lat wiedza o jednej i drugiej wersji będzie niezwykle utrwalona. Stanie się już historią, a to się właśnie dzieje w tej chwili. Pomyślałem sobie, że właśnie ten mechanizm jest czymś do czego trzeba się odnieść. Ja sam kiedy był rok 1989 poszedłem do liceum i nagle to czego uczono mnie w szkole podstawowej teraz w liceum otrzymuję w innej wersji. Te same fakty przedstawia mi się zupełnie inaczej w innym świetle – powiedział nam o znaczeniu samej historii i jej odczytywania w „Hiszpance” Łukasz Barczyk reżyser i autor scenariusza. - Na sali rozmawialiśmy z Janem Peszkiem, który tych zmian widzenia i mówienia o historii przeżył zdecydowanie więcej niż ja, kiedy to samo okazywało się nie tym samym. Krótko mówiąc chciałem opowiedzieć o historii. Żeby opowiedzieć o historii trzeba pokazać strukturę historii. Każda historia, nawet ta o Czerwonym Kapturku ma jakąś strukturę, składa się z wydarzeń, które finalnie doprowadzają do jakiegoś wniosku, czy pointy. Można tę historię opowiadać na poziomie wzruszenia. Można też starać się opowiedzieć o tym w jaki sposób to się w naszych głowach dzieje. „Hiszpanka” to opowieść o tym w jaki sposób historia się w naszych głowach dzieje, w jaki sposób historia tworzy się w sensie materialnym i w jaki sposób się tworzy w sensie psychologicznym, o tym jak tworzą się mity. Mam wrażenie, że żyjemy w kraju bardzo skłonnym do mitotwórstwa na swój temat. Mam poczucie, ze to bardzo dobrze, jeśli możemy na to popatrzeć szerzej, a po drugie z przymrużeniem oka. Myślę, że patrzenie na siebie z przymrużeniem oka to coś czego brakuje nam wszystkim. Wydaje się jednak że taka gra pomiędzy poczuciem głębokiego związku z ojczyzną, poczuciem tożsamości i byciem patriotą a jednocześnie pewien bunt czy raczej dystans poczucie, że w pewnych okolicznościach ta postawa, może prowadzić do dramatycznych zdarzeń doprowadził mnie do „Hiszpanki” – pointował Łukasz Barczyk. Pytany o inspiracje literackie przy pisaniu scenariusza reżyser nie znajduje konkretnych dzieł i twórców. - To jest tak, że trudno na takie pytania odpowiadać. Myślę, że w tym filmie widać, że inspiracji było dużo czyli żadna tak naprawdę. Wszyscy, żyjemy w rzeczywistości, która obdarowuje nas masą bodźców, ja też. Z tej rzeczywistości i literackiej i filmowej, każdej czerpie inspiracje. Nie ma tu jednak żadnego takiego silniejszego akcentu – powiedział nam reżyser.

„Hiszpanka” trafi do kin 23 stycznia, trudno dziś wyrokować ilu zachwyci, ilu rozczaruje w przypadku tego filmu można się jedynie spodziewać, że mało kto pozostanie obojętny. Być może to właśnie pewien dystans brak jakiegoś herosa czyli film bliższy prawdzie o Wielkopolanach, u nas nie było jakiegoś jednego Bravehearta, to wszyscy mieli waleczne nie tylko serca ale i rozumy.

Jarosław Mikołajczyk