„To zaszczyt, że mogliśmy brać udział w tych badaniach”
Dodane przez admin dnia Marzec 18 2014 21:15:00
Nie jest łatwo zidentyfikować czyjeś szczątki po wielu latach od pochówku. Jest jeszcze trudniej, kiedy w jednym miejscu znajduje się kilka wymieszanych ludzkich szkieletów. Z tymi i innymi problemami zmagali się archeolodzy pracujący w kwaterze Ł. O kulisach prac opowiadali dziś ich uczestnicy – Michał Nowak i Adam Falis.
Treść rozszerzona
Wykład pt. „Jak odkrywano kwaterę Ł”, jaki miał dziś miejsce w Miejskim Ośrodku Kultury przedstawił kulisy prac odbywających się na warszawskich Powązkach. Dwaj archeolodzy – Michał Nowak i Adam Falis - opowiedzieli zebranym o tym, jak wyglądała i na czym polegała ich praca.

Głównym zadaniem, jakie postawiono przed osobami badającymi pochówek Żołnierzy Wyklętych było zidentyfikowanie poszczególnych szczątek. - Naszym celem było przywrócenie jak największej liczbie osób przywrócić tożsamość. To, że na Rakowieckiej zamordowano trzysta osób, to my wiemy. Chcieliśmy tych ludzi odzyskać dla pamięci, dać im możliwość godnego pochówku i nazwać te szczątki po imieniu – wyjaśnia Michał Nowak, uczestnik pierwszego i drugiego etapu badań.

Obaj archeologowie zgodnie uważają, że udział w tym przedsięwzięciu był wielkim zaszczytem i sporym wyróżnieniem. - Praca tam wymaga profesjonalnego przygotowania wielu osób z różnych dyscyplin naukowych. Oprócz tego dochodzi stos emocji, które w to wkładamy. Wiemy, że robimy coś przede wszystkim dla rodzin, ale robimy o też dla narodu, dla Polski. Odkrywamy i odkłamujemy troszeczkę historię. Ja osobiście traktuję to jak swego rodzaju powołanie. Dla mnie jest zaszczytem, że mogę to robić – twierdzi Adam Falis, archeolog odpowiedzialny za dokumentację podczas drugiego etapu badań. - Cały czas traktuję to jako zaszczyt, jako coś, o czym parę lat wcześniej nie mogłem nawet śnić, że będę w takim miejscu pracował. Oczywiście brzmi to jak jakieś slogany, ale ja tak to czuję i tak to odbieram. Jest to duże przeżycie i na pewno jakaś pamiątka. Jest to zaszczyt, że mogliśmy brać udział w tych badaniach, bo inaczej tego nazwać nie można – potwierdza M. Nowak.

O pracach w kwaterze na Łączce opowiada film Arkadiusz Gołębiewskiego „Kwatera Ł”. M. Nowak zdradza, że po obejrzeniu go był zaskoczony faktem, że jego współpracownicy podchodzą do swoich zadań równie emocjonalnie, jak on: - Powiem szczerze, że przeżyłem szok jak obejrzałem później film „Kwatera Ł”. Pracując tam każdy robił swoją działkę, robił to w sposób zacięty, bo chcieliśmy to robić. Na tym filmie zostały pokazane nasze emocje. Każdy z nas zobaczył, że ci jego koledzy i koleżanki też strasznie to przeżywają.

Skuteczna identyfikacja ofiar komunistycznego reżimu wymagała współpracy z rodzinami tych osób. Niejednokrotnie bliscy dostarczali kluczowych dla rozpoznania informacji. Zdarzało się jednak także, że to archeolodzy musieli poszukiwać krewnych ofiar. - Podczas pierwszego etapu dużo ludzi przychodziło do nas. Są też tacy ludzie, których my odszukujemy, którzy nie wiedzą, że ich przodkowie zostali zamordowani. Kontakt z tymi rodzinami jest bardzo emocjonalny – przyznaje M. Nowak.

Co ciekawe emocje, o których mówi archeolog nie utrudniały wykonywania zadań, a wręcz przeciwnie, sprawiały, że pracowało się łatwiej. - Było łatwiej. Te emocje, ten cel przyświecały nam w głowie i w momencie pracy one nie działały. One cały czas podskórnie w nas buzowały i każdy je czuł. Było na pewno łatwiej pracować, ponieważ byliśmy nastawieni na ten cel i wiedzieliśmy, jakiego miejsca i jakich świętych dla Polaków rzeczy dotykamy – mówi M. Nowak.

Sprawa kwatery Ł jest wciąż otwarta. Nadal wiele szczątek oczekuje na identyfikację. I choć bywa to czasochłonne, jest szansa na rozpoznanie większości z nich. - Taki proces identyfikacji jest bardzo żmudny. On oczywiście nie musi taki być. To wszystko zależy od rodzaju materiału genetycznego, ale nie tylko. Kiedy jest sporo materiału porównawczego, wtedy ta skuteczność liczby identyfikacji jest na pewno większa. Myślę, że mógłbym zaryzykować takie stwierdzenie, że większość z nich powinno udać się zidentyfikować – uważa A. Falis.

Cmentarz Powązkowski nie jest jedynym miejscem, gdzie ofiary różnych reżimów czekają identyfikację. Takich miejsc w Polsce jest wiele i minie sporo czasu nim prace w nich dobiegną końca. - Należy pytać, co będzie dalej, co będzie trzecim etapem i co będzie z innymi miejscami w Polsce, bo ich jest naprawdę wiele. To są inne cmentarze w całej Polsce, ale są to też inne miejsca, gdzie ci ludzie leżą. Są to zarówno ofiary radzieckie, jaki i ofiary niemieckie. Cały czas jest zatem dużo do zrobienia, nie tylko dla nas, ale także dla kolejnych pokoleń – podkreśla M. Nowak.

Mateusz Fąfara