Masoni też żyli do śmierci…
Dodane przez admin dnia Sierpień 13 2013 21:00:00
Wakacje pomału się kończą, ale nie tylko podczas kanikuły warto się gdzieś wybrać i czasami odkryć coś, co wcale tak naprawdę ukryte nie jest. Rzecz w tym, że często pewne rzeczy mijamy obojętnie i bez zastanowienia, bo ich prawdziwa historia lub symbolika, nam już dzisiaj nic nie mówią. Ja parę dni temu wybrałem się na pewien opuszczony cmentarz…
Treść rozszerzona
Moje najwcześniejsze spotkanie z „masonami” miało miejsce w dzieciństwie i posiadało charakter czysto werbalny. A ponieważ mądra sentencja powiada że każdy jest dzieckiem swojego czasu, to trudno człowiekowi uciec od pewnych zainteresowań i nawyków, które były kiedyś jego udziałem. Z drugiej zaś strony wszystko weryfikuje ubiegający czas, oraz stopień pofałdowania szarej masy pod sklepieniem czaszki… Krótko mówiąc, inaczej dzisiaj patrzę na stare opowieści o masonach duchach i diabłach, ale - pomijając dwa ostatnie byty eteryczne, ci pierwsi byli w tych bajaniach zupełnie realni, chociaż owszem, posiadali w nich na pół diabelską naturę. Pamiętam więc opowieści dawno nie żyjącej cioci o okolicznym dziedzicu który w przekonaniu miejscowych był masonem i okresowo zamieniał jedną ze swoich zupełnie ludzkich stóp w końskie kopyto, które na domiar złego, było krwistoczerwone, a spod czarnego fraka w którym przyjmował wystraszonych chłopów, zwisał mu diabelski ogon... Dzisiaj myślę, że człowiek ów był niezłym komediantem i wykorzystywał swoje „masońskie” hobby do zastraszania tym sposobem swoich ciemnych kmiotków.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, wielokrotnie odwiedzałem zaś służbowo nieodległą Przysiekę i zawsze wraz z kolegami właziłem po drabinie do istniejącego tam „pokoju masońskiego”, który mieścił się nad pierwszym poziomem pałacowego strychu. Sam „pokój” nie był żadnym tam wytwornym apartamentem, wręcz przeciwnie, nie było to pomieszczenie duże, ani też w jakikolwiek sposób wyposażone. Jedyna rzecz która nas tam ciągnęła, to tajemnicze napisy i malunki pozostawione przez kogoś na surowym, nawet nie pomalowanym wapnem tynku. Wszystkie one były w języku niemieckim i zawsze robiły na widzu wrażenie kunsztem swego wykonania. Nie sądzę przecież, że robił je zawodowy artysta, albo, że malarz używał tu jakiegoś szablonu, to raczej wykluczone, ale malunki nie były bez wątpienia jakimiś tam bohomazami, tylko małymi dziełami sztuki. Tutaj pragnę zauważyć, że temat ten był wielokrotnie obiektem zainteresowania red. Soberskiego i to jeszcze z czasów prasy papierowej, a zdjęcia które przy tej okazji publikowano, świadczyły o jednym. Już wtedy miejsce to odwiedziło wielu „masonów” i nie omieszkali oni zaznaczyć tam swojej obecności…

„Pokój masoński” w Przysiece, jest domniemanym miejscem spotkań masonerii, rzecz w tym, że dowodów materialnych na udowodnienie tej tezy – przynajmniej w postaci typowej dla tej organizacji symboliki, raczej tam nie widziałem. Z drugiej strony, dla prawdziwych masonów wszystko jest symbolem, a fakt, że takie tajne stowarzyszenia działały chociażby w samym Gnieźnie, nie budzi wątpliwości. Ba, Gniezno było pod tym względem pewnym wyjątkiem, bo jako stosunkowo małe miasto, posiadało aż dwie oficjalne loże, a budynki w których się one mieściły, mają się dzisiaj całkiem dobrze i często je mijamy bez świadomości o ich pierwotnym przeznaczeniu. Jeżeli były loże (oficjalnie przestały działać w 1938 roku) to byli i masoni, a ludzie, w odróżnieniu od budynków, nie żyją długo. Pytanie, gdzie spoczywają dzisiaj ich członkowie, nie jest pewnie najważniejsze, ale czasem coś nas jednak zaintryguje…

Cmentarz w B. jest bardzo zdewastowanym obiektem, zresztą, nie mając wiedzy gdzie on się znajduje, możemy to miejsce minąć i sto razy z niczym nie kojarząc. Ot, taka zwarta jak dżungla kępa krzaków na końcu zagajnika. Pewną wskazówką jest natomiast to, że są to krzaki dość specyficzne, przeważają tutaj bowiem lilaki, popularnie zwane bzami. Mnie osobiście miejsce to było znane od dawna, bo kiedyś tam polowałem i zawsze kojarzyło się mi z jednym. Zachowała się tam mianowicie jedyna na całym cmentarzu nagrobna tablica i to tablica nie byle jaka. Przez wiele lat byłem nawet przekonany, że i ona podzieliła los innych tego typu artefaktów i po prostu stamtąd znikła, bo kiedyś nie udało mi się jej tam odnaleźć.

Ostatnio, korzystając z pięknej pogody, dokonałem rekonesansu okolicznych cmentarzy w sąsiedniej gminie, i to takich, o których nie koniecznie ktoś pamięta, oraz jeden taki, który już w latach siedemdziesiątych XX w. zamieniono w dziką żwirownię, a zachowane tam szczątki ludzkie wywieziono wraz z wybieranym piaskiem. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy podczas przedzierania się przez zielone piekło pierwszej nekropolii, dostrzegłem zapamiętane kiedyś epitafium. Potwierdzeniem, że jest to właśnie ten szczególny kamień był fakt, że intrygujący mnie od dawna symbol tkwił na swoim miejscu i zachował się całkiem dobrze. Mam tutaj na myśli wykuty w kamieniu wizerunek splecionych w geście pojednania dłoni. Przedmiotowa tablica jest dwustronnie opisana, a wspomniany element, znajduje się w dolnej i tylnej części pomnika. Pierwsza strona monumentu zwieńczona jest natomiast od samej góry wyobrażeniem Oka Opatrzności, pod którym wyryto imię i daty. Jedną z nich, jest rok 1836. Nie ukrywam, że dla mnie przez całe lata intrygującym elementem tego epitafium, był wspomniany gest pojednania, który kojarzyłem sobie jako wyobrażenie wybaczenia czegoś komu itp. Czasem też pytałem tu i ówdzie, co to może być za fenomen, ale nikt mnie oświecić w tej materii nie potrafił, wszystko stało się względnie proste, gdy skorzystałem z dzisiejszego dobrodziejstwa, czyli z internetu.

Otóż wiadomości które udało mi się uzyskać na temat wyobrażonej w kamieniu symboliki - której pierwszym i sztandarowym elementem było umieszczone na samej górze pomnika Oko Opatrzności, wskazywały na związki tychże wyobrażeń z masonerią. Po skopiowaniu napisów z nagrobka oraz ich przetłumaczeniu okazało się, że jakiś nieznany mężczyzna wystawił go swojej ukochanej Krystynie (bez nazwiska) która żyła 45 lat, 9 miesięcy i 11 dni. Druga strona płyty z wyobrażeniem splecionych rąk, zawiera wspomnienie o ukochanej i wyraża nadzieję na spotkanie w zaświatach. Ja nie wiem jak komu, ale mnie odkrywanie dawnych, zarośniętych zielskiem tajemnic, sprawia wielką przyjemność, ale zarazem i smuci. Czy musi tak być, żeby miejsca wiecznego spoczynku ludzi wyglądały jak zwyczajne śmietniki i to porośnięte dżunglą? Znam wiele przykładów tego, że wcale tak być nie musi, a każdy przykład zadbania o takie miejsce jak najlepiej świadczy o nas samych, oraz o naszym narodzie w ogólności.

Szczepan Kropaczewski