Rzeź wołyńska. Zagaje – historia prawdziwa
Dodane przez admin dnia Grudzień 16 2013 08:00:00
Dlaczego? Dlaczego ludzie muszą cierpieć? Dlaczego bliźni zadają sobie ból? Dlaczego brat zabija brata, a sąsiad morduje sąsiada? Dlaczego Jadwiga Bracław musiała patrzeć jak banderowcy w okrutny sposób wymordowali prawie całą jej rodzinę oraz wszystkich znajomych? Dlaczego do końca swego długiego i pracowitego życia musiała prześladować ją i dręczyć myśl, że nie wie, co stało się z jej dzieckiem, z najstarszym synkiem – Mieciem?
Treść rozszerzona
Zagaje
Niewielka wieś położona ok. 70 km na północny wschód od Lwowa, w gminie Podberezie, powiat Horochów, w dawnym województwie wołyńskim. Historię miejscowości jak mało kto zna Marek Terka – rolnik z Charbowa, w gminie Kłecko – wnuk Jadwigi Bracław. Marek opowiada z pasją, bardzo emocjonalnie, niekiedy jego głos załamuje się, w oczach pojawiają się łzy. Nic w tym dziwnego, od dziecka przesiąkł atmosferą tamtych kresowych opowieści, atmosferą tęsknoty za ukochaną ziemią oraz poczuciem ogromnej krzywdy doznanej niesprawiedliwie od najbliższych sąsiadów. Tą samą atmosferą przesiąkła też Alicja Bracław – synowa Jadwigi – emerytowana nauczycielka nieistniejącej już Szkoły Podstawowej w Świniarach. To głównie ich wspomnienia – Ali Bracław i Marka Terki – złożyły się na niniejszą opowieść.

Wieś Zagaje powstała na przełomie lat 70-tych i 80-tych XIX wieku. Założyło ją trzech nie bojących się wyzwań śmiałków o nazwiskach: Ziemiański, Bracław i Szubert. Wszyscy byli Polakami, wszyscy dobiegali 50-tki. Dwóch pierwszych właśnie zakończyło dwudziestoletnią służbę w jednym z majątków Hohenzollernów, w zaborze austriackim. Po odebraniu całkiem sporej sumy za dotychczasową pracę, postanowili „pójść na swoje”. Zaryzykowali i kupili ziemię w zaborze rosyjskim, gdzie właśnie przeprowadzono akcję uwłaszczenia chłopów (po 1864 roku). Ziemia była tutaj bardzo żyzna i zdecydowanie tańsza, niż w zaborze austriackim. Szubert, który jako trzeci dołączył do dwójki pionierów, był cieślą. Jego umiejętności więc bardzo przydały się w szybko rozrastającej się wiosce.

Wsi spokojna, wsi wesoła
Zagaje rosły w siłę. Przybywało domostw, pojawiali się nowi mieszkańcy. Wysoka dzietność, a posiadanie kilkunaściorga dzieci było normą, powodowała, że wioska tętniła życiem. Trzon miejscowości ciągle stanowili Bracławowie, Ziemiańscy i Szubertowie. W chwili wybuchu II wojny światowej Zagaje liczyły 50 gospodarstw i niecałe 300 mieszkańców. Domy były drewniane, ale na podmurówce, tylko chata Szubertów była w połowie murowana, a dodatkowo – co jest nie bez znaczenia dla naszej dalszej opowieści – posiadała dużą, świetnie zamaskowaną, murowaną piwnicę. Przez wioskę prowadziła szeroka droga. Funkcjonowała szkoła. Żyzna ziemia w dwójnasób odwdzięczała się pracowitym mieszkańcom. No właśnie... ziemia. Ponoć była tak żyzna, że wsypana do szklanki i zalana wodą, nie wysychała tylko „puchła”, rosła niczym ciasta. I jeszcze jedno, ziemia na Wołyniu pachniała... chlebem. Mieszkańcy Zagajów korzystali z najnowszych zdobyczy techniki. Już w latach 20-tych XX wieku, kiedy w tzw. kongresówce królowały sierpy, kosy i cepy, w Zagajach używano maszyn do koszenia tzw. „śmigówek” oraz maszyn do młócenia – „szerokobitek”. Mieszkańcy Zagajów hodowali konie, które następnie z powodzeniem sprzedawali do carskiej armii. Uprawiano pszenicę, koniczynę i lucernę. Hodowano świnie (dwustukilogramowe okazy były normą), krowy oraz drób. Produkowano też olbrzymie ilości mleka. Jedzono suto, tłusto, ale zdrowo.

W porze jesienno – zimowej nastawał tradycyjny czas uboju świń, a ponieważ nie było lodówek, więc mięsem z zabitego kabana dzielono się z całą wsią. Po jego zjedzeniu zabijano następną w kolejnym gospodarstwie, potem następną w kolejnym, potem następną w kolejnym... i tak w kółko. Zupełnie inaczej sprawa wyglądała, kiedy zabijano świnie na sprzedaż. Skrzykiwano się wówczas w kilku gospodarzy i wspólnie zawożono furmankami mięso na sprzedaż do Lwowa (70 km). Co prawda do Stryja było bliżej, ale za to we Lwowie były zdecydowanie lepsze ceny. Zagaje ciągle były wsią w całości zamieszkałą przez Polaków, nie było ani jednego mieszanego małżeństwa. Z kolei okoliczne miejscowości (Pieczychwosty, Ochłopów i Bodiaczów) były w całości zamieszkane przez Ukraińców. Wzajemne stosunki pomiędzy Polakami a Ukraińcami były dobre, by nie powiedzieć bardzo dobre. Wiele rodzin żyło w przyjaźni, goszcząc się wzajemnie. Działała też mieszana (polsko – ukraińska) orkiestra, która grała na zabawach i weselach, i to zarówno polskich, jak i ukraińskich. A propos zabaw, warto zauważyć, że impreza taka trwała za każdym razem co najmniej 3 dni. W 1910 roku wsi wybudowano kaplicę. Od tej pory, raz w tygodniu przyjeżdżał ksiądz i odprawiał mszę świętą. Pozostałe nabożeństwa odbywały się w kościele parafialnym w Drużkopolu.

W Zagajach istniał przesąd, że kto pierwszy wróci do wioski z mszy św. rezurekcyjnej, ten jako pierwszy sprzątnie zbiory i zakończy żniwa. W 1937 roku Józef Bracław tak pędził do domu z rezurekcji, że nawet nie zauważył, jak zgubił ze swojego wozu żonę oraz rodziców i wrócił sam. Horochów, Podberezie, a tym bardziej Zagaje leżały z daleka od głównych szlaków komunikacyjnych, a wiatr historii powiewał tutaj z rzadka. Częste zmiany władzy, od carskiej Rosji począwszy (starsi mieszkańcy wioski żyli w poczucie wręcz bezgranicznego uwielbienia dla cara), poprzez Polskę, później Sowiety, następnie znowu Polskę, od 17 września 1939 roku ponownie władzę sowiecką, na Niemcach od czerwca 1941 roku kończąc, skutkowały jedynie tym, że ni stąd ni zowąd, nagle zniknął policjant, innym razem przepadał bez wieści miejscowy nauczyciel, a jeszcze innym razem znikał ksiądz. Wszyscy Polacy.

Przed burzą
Nadszedł rok 1943. Wiosną zaczęły napływać dziwne i niewiarygodne opowieści o masowych ucieczkach Ukraińców (wraz z bronią) z niemieckiej policji i ich przejściu do ukraińskiej partyzantki, zwanej UPA. Latem z kolei zaczęły docierać przerażające wieści o Polakach zabijanych w niezwykle okrutny sposób przez Ukraińców, o wymordowanych i spalonych całych polskich wsiach, o grabieżach ich dobytku. Ludzie bardzo różnie podchodzili do owych rewelacji. Jedni, pełni niepokoju, myśleli co począć dalej (był przecież środek żniw), inni bagatelizowali pogłoski i nie dawali im wiary, widząc przecież prawie codziennie uśmiechających się do nich ukraińskich znajomych i sąsiadów.

Mord
Był poniedziałek – 12 lipca 1943 roku. Z samego rana gruchnęła wieść, że dzień wcześniej w Porycku oraz Kisielinie wymordowano wszystkich Polaków, w tym wiernych zgromadzonych w kościołach, na niedzielnych nabożeństwach. Zrobiło się bardzo nerwowo, powszechnie przeczuwano nadchodzącą tragedię. W większości domów naradzano się co robić dalej, co począć. Około południa do wioski zaczęły wjeżdżać wozy, na których siedzieli, ubrani po cywilnemu, uzbrojeni Ukraińcy. Gdzieniegdzie pocieszano się jeszcze i uspokajano, że oni tylko przejeżdżają przez Zagaje. Niestety, mylono się. Wkrótce bowiem rozległy się strzały, a na obu krańcach wsi podpalono domy. Jak się miało okazać osada została okrążona przez Ukraińców z sąsiednich miejscowości. W pierwszej linii szli chłopi uzbrojeni w szpadle i siekiery. W drugiej linii posuwali się do przodu zbrojni w kosy, widły i noże. Trzecią linię tworzyli jeźdźcy na koniach, trzymając karabiny gotowe do strzału. Pierwsza i druga linia mordowała w straszny sposób. Jeżeli komukolwiek udało się przedrzeć, na trzeciej trafiały go kule lub dopędzony przez jeźdźca ginął uduszony sznurem. O okrucieństwie napastników niech świadczy fakt, że jednemu z mieszkańców wioski, który pasł konie, po złapaniu wycięto język i wykłuto oczy, a potem szyderczo pytano, czy wie, kto to zrobił. Ukraińscy zbrodniarze zostawili go w kałuży krwi, by konał w męczarniach i odjechali. Mieszkańcy wioski wpadli w panikę i zaczęli uciekać gdzie bądź.

W tym czasie Jadwiga Bracław wraz z mężem Józefem kręcili na podwórzu powrozy, zaś dzieci (Miecio – 6 lat i Kazia – 2 latka) przebywały w domu Szubertów. Zorientowawszy się co się dzieje, również przedostali się do domu Szubertów, gdzie ukryli się w piwnicznym schowku. Wcześniej Jadwiga próbowała ratować swoich teściów Władysława Bracława i jego żonę Zofię (z d. Szubert), namawiając ich, by i oni ukryli się w piwnicy u sąsiadów. Władysław Bracław oświadczył jednak stanowczo, iż nigdy nie zrobił nikomu nic złego, nikomu nie wyrządził krzywdy, w związku z czym nie ma najmniejszego powodu do lęku i jest spokojny o swój i żony los. Oboje zostali bestialsko zamordowani i pochowani (przysypani cienką warstewką piasku) we własnym obejściu. Tymczasem w piwnicy Szubertów schroniło się grubo ponad 30 osób.

Pech chciał, że wśród napastników był czeladnik stolarski, niejaki Miszka, który wcześniej pracował u Stanisława Szuberta, i między innymi pomagał kopać oraz budować ów piwniczny schowek. Bandyta ten, doskonale zorientowany w rozkładzie domu Szubertów, podniósł wieko przykrywające wejście, a kiedy wpadające do piwnicy światło zwabiło czteroletniego chłopczyka, który jako pierwszy wszedł na szczebel drabiny, zastrzelił go z zimną krwią. Zgromadzeni w piwnicy ludzie wpadli w popłoch i, panicznie walcząc o życie, zaczęli wydostawać się na zewnątrz przez malutkie okienko, służące do wsypywania ziemniaków. Wszyscy oni zginęli od kos, noży, wideł i siekier lub od kul bandytów z UPA. W piwnicy pozostało zaledwie osiem osób. Mordercy, będąc pewni, że wszyscy przebywający w lochu uciekli, oddali kilka strzałów w jego głąb, po czym oddalili się, by kontynuować swój zbrodniczy proceder. Napad trwał ok. 3 godzin.

Przez cały ten czas schowani w piwnicy domu Szubertów słyszeli błagania i jęki mordowanych, kłótnie morderców podczas rabunku mienia Polaków (zasada była prosta: kto najwięcej ludzi wymordował, ten najwięcej ich rzeczy zabierał), pospieszne grzebanie ofiar we wspólnym dole, pijackie przechwałki, kto i w jaki sposób zabił najwięcej Polaków oraz podpalanie domów, chlewów i stodół. Wiele z tych głosów należało do znajomych, niekiedy nawet zaprzyjaźnionych, Ukraińców.

Miecio
Po wielu godzinach dręczącej niepewności, głęboką nocą, korzystając z faktu, iż rozpętała się burza, ukryci w piwnicy postanowili opuścić swój azyl i, poprzez ogród, przedostać się w pobliską pszenicę i konopie. Jako pierwsi wyszli Stanisław Szubert z zięciem Jankiem Bracławem. Po nich, w chwilowym zamieszaniu, z kryjówki wyszedł 6-letni Miecio Bracław. Jako następni piwnicę opuścili kolejni mężczyźni, wśród nich Józef Bracław – mąż Jadwigi, ojciec Mieczysława. Jadwiga Bracław z dwuletnią córeczką Kazią opuściły kryjówkę jako ostatnie. Wszyscy, po kolei, przedostawali się w pobliskie zboże, gdzie niestety pogubili się. Wędrując polami, często na kolanach lub nawet czołgając się, nieustannie uważając na ukraińskie patrole, które z lubością mordowały uciekających Polaków, po wielu perypetiach, matka z córeczką doszły do oddalonego o 15 km Stojanowa. Stamtąd, po mniej więcej tygodniowym pobycie, Jadwiga z Kazią przedostały się do Lwowa, gdzie czekał już na nie Józef Bracław. Niestety, Miecia nigdzie nie było.

Warto w tym miejscu odnotować zdarzenie, które Pani Jadwiga do końca swego życia wspominała jako przykład Bożej Opatrzności. Otóż, podczas swej wędrówki z Zagajów do Stojanowa, zdarzyło się, iż Jadwiga z Kazią ukryły się w kopie koniczyny. Wtem na pole przyjechał Ukrainiec i zaczął nakładać widłami koniczynę na furmankę, kopę po kopie. Kiedy podjechał do tej, w której były schowane uciekinierki, zatrzymał się, popatrzył i... pojechał dalej. Tymczasem we Lwowie myśl o zaginionym dziecku nie dawała rodzicom spokoju. Kiedy więc we wrześniu 1943 roku w Zagajach i okolicznych miejscowościach pojawiło się wojsko niemieckie, czworo uciekinierów – wśród nich Jadwiga Bracław – postanowiło wrócić do rodzinnej wioski i rozejrzeć się.

Krajobraz po bitwie, a właściwie – nazywając rzecz po imieniu – po ludobójstwie. 12 lipca 1943 roku, w przeciągu kilku zaledwie godzin, banderowcy, w niezwykle okrutny sposób, wymordowali ok. 260 mieszkańców wsi Zagaje. Między innymi zginęło 19 osób z rodziny Ziemiańskich (najmłodsza Albina miała 2 latka, najstarsza Zofia – 83), 16 Bracławów (wśród nich siedmiomiesięczny Józio!) i aż 58 Szubertów (w tym zaledwie trzydniowy noworodek!!!) Wioska zmieniła się nie do poznania. Po kwitnącej osadzie zostały tylko ruiny i zgliszcza, wielkie pogorzelisko, morze krwi i łez, jeden ogromny cmentarz! Wszystkie studnie zapełnione były ciałami dzieci (zgodnie z logiką upowskich bandytów na dziecko szkoda było kuli!). Część ofiar została pochowana w masowym dole za stodołą Szubertów, niektóre ciała leżały tam, gdzie pozostawili je mordercy, przykryte jedynie cienką warstwą piachu, szczątki jeszcze innych zostały rozwleczone przez wygłodniałe psy. Najbardziej bolesna była identyfikacja ciał najbliższych krewnych.

Ziemiański rozpoznał w studni sąsiadów dwie swoje córeczki po... sukienkach. Paradoksem było, że 19 młodych mieszkańców Zagajów przeżyło wojnę tylko dzięki temu, iż zostali wywiezieni na roboty do Niemiec. Wypędzeni mieszkańcy połapali pasące się gęsi i konie, zabrali resztki żywności oraz dobytku, wymłócili trochę zboża, po czym załadowali to wszystko na wozy i zawieźli do Stojanowa, a stamtąd dalej, do Lwowa. Ciała swojego synka Miecia Jadwiga Bracław nie znalazła. Z jednej strony fakt ten nieco ją uspokoił, z drugiej jednak niepokoił i przeraźliwie dręczył, no bo skoro nie zabili go bandyci spod znaku UPA, to gdzie się właściwie ukochany synek podział?! Wtedy Jadwiga Bracław jeszcze nie wiedziała, że myśl ta będzie prześladować ją do końca życia.

Ludzie i ich losy
Lwów był dla Bracławów dopiero początkiem ich wojennej wędrówki. Wkrótce bowiem zostali wywiezieni do Żurawiczek koło Przeworska. Stamtąd z kolei Józef Bracław został zabrany do łagru w Zawidowie koło Krakowa. Jadwiga tak długo jeździła do Zawidowa, tak długo wydeptywała najróżniejsze ścieżki, aż w końcu wyprosiła przeniesienie męża do Żurawiczek. Tam też urodził się kolejny ich syn – Ryszard.

W czerwcu 1945 roku rodzina Bracławów otrzymała nakaz osiedlenia w Świniarach, w gminie Kłecko. Jako rekompensatę za utracone na Wschodzie mienie przydzielono im (na pół z rodziną Malerowiczów) poniemieckie gospodarstwo wraz z zabudowaniami. Na każdą z rodzin przypadało po 11 ha, dokładnie tyle samo, ile zostawili w Zagajach. Długo mieszkali wspólnie, w jednym domu. W 1966 roku Jadwiga i Józef Bracławowie wraz z dziećmi w końcu przeprowadzili się do własnego, nowo wybudowanego domu. W pobliskim Charbowie zamieszkali bliscy krewni – Paulina i Dominik Bracławowie – stryj i stryjenka Józefa. Dominik Bracław był rodzonym bratem Władysława, tego samego, który wraz z żoną zostali spaleni żywcem we własnych łóżkach. Ocaleli tylko dlatego, że w dniu pogromu byli na polu, daleko od domu, poza trzema kordonami śmierci, jakimi bandyci otoczyli Zagaje. Niestety, stracili oboje swoich dzieci.

W Ułanowie z kolei zamieszkał inny uciekinier z Zagajów – Władysław Szubert. Warto też przy tej okazji wspomnieć, iż w Charbowie swój zastępczy dom znalazł inny wygnaniec ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej – Władysław Pachołek. On, a właściwie jego rodzina, również był ofiarą ukraińskiego ludobójstwa. Pan Władysław pochodził spod Zbaraża. Mordercy z UPA zmusili go, by patrzył jak w okrutny sposób mordują jego żonę oraz dzieci (nadziali je na sztachety z płotu), a kiedy poprosił, by i jego zabili, roześmiali się szyderczo i puścili go wolno, by bardziej cierpiał.

A w pysk chcesz?
Kresowiacy źle czuli się w Wielkopolsce, dusili się tutaj. Tęsknili za Zagajami, za żyzną – pachnącą chlebem – ziemią, za swoimi chatami, polami, sadami, ogrodami i grobami bliskich. Tęsknili za „krajem swojego dzieciństwa”. Niekiedy wspominali, ale nigdy ot tak, na zawołanie. Musiał być odpowiedni nastrój, musiała nadejść właściwa chwila. Jedno było pewne, wspominki zawsze kończyły się łzami i płaczem. Za każdym też razem zadawali sobie to samo pytanie, dlaczego? Dlaczego? Dlaczego??? Niestety, pytanie to zawsze pozostawało bez odpowiedzi. Marek Terka pamięta, że jak w dzieciństwie zdarzało się jemu pytać dziadków, wujów czy chociażby Władysława Pachołka, jak tam było na Ukrainie, niezmiennie słyszał odpowiedź: „A w pysk chcesz? To nie była żadna Ukraina, to była Polska!”

Józef Bracław zmarł w 1980 roku. Jadwiga przeżyła męża aż o 30 lat. Zmarła 10 stycznia 2012 roku, na niecałe 3 miesiące przed swoimi 95. urodzinami. Jadwiga i Józef wychowali 14 dzieci, doczekali się 35 wnucząt, 46 prawnucząt i 4 praprawnucząt. Nigdy nie poznali prawdy o losie swojego pierworodnego synka Mieczysława Bracława.


Epilog
Alicja Bracław (synowa): Jadwiga w ciągu całego swego długiego życia miała w pamięci tamte ciężkie dla niej dni. Przez wiele lat nie chciała o tym mówić, kiedy zaczynała, pojawiały się łzy w jej oczach. Nie chciałam nalegać na zwierzenia, czekałam, aż sama zechce opowiedzieć o tragedii swojej wsi i własnej rodziny. Nadszedł dzień, kiedy Mama zaczęła odtwarzać wydarzenia, wówczas spisałam Jej wspomnienia z napadu na wieś, schronienia i trudną drogę ucieczki. Do końca swoich dni wspominała zaginionego syna Mieczysława, modliła się za niego. Próbowałam wielokrotnie odnaleźć jakieś ślady Jego życia, jednak bezskutecznie. Uważam, że wspomnienia Jadwigi są ważne, nie tylko dlatego, że ukazują prawdziwe losy Kresowian, ale są dowodem na cierpienia pojedynczych ludzi, których życie – po tamtych wydarzeniach – zostało całkowicie zmienione. To są wydarzenia historyczne, ale też dają świadectwo bestialskiego mordu na niewinnych ludziach. Jadwiga, mimo, iż mieszkała w naszej Wielkopolsce wiele lat, to jednak zawsze czuła się Kresowianką, kochała tamtą ziemię i kultywowała tradycję i za to chcę Jej podziękować.
Pani Stanisława Mogileńska – Ziemiańska, urodzona we wsi Zagaje, jako 8-letnia dziewczynka przeżyła też koszmar ludobójstwa – była serdeczną przyjaciółką Mamy. Będąc na Ukrainie przywiozła wspomnienia i zapach tamtej ziemi, której grudkę Jadwiga Bracław zabrała ze sobą do lepszego świata.

Marek Terka (wnuk): Tylko prawda może nas wyzwolić - mord trzeba nazwać mordem. Stojąc pod krzyżem w Zagajach, jako młody mężczyzna, nie mogłem pojąć tego, co usłyszałem od babci. Zwykły krzyż - bez napisów. Dzisiaj jako dojrzały człowiek spada na mnie odpowiedzialność, żeby tę historię przekazać dzieciom i wnukom. Tłumaczyć co to jest nacjonalizm i reagować nawet na najmniejszy przejaw agresji między ludźmi. Wszak wszyscy ludzie są braćmi i ta maksyma powinna nam przyświecać we współczesnej Europie, żeby historia Zagajów nigdy się nie powtórzyła.

Joanna Narowska (wnuczka): Babcię pamiętam jako kobietę pełną życiowego entuzjazmu i niezwykłej mądrości. Traumatyczne doświadczenia z przeszłości wyzwoliły w Niej ducha walki o przyszłość dla nas. Wdzięczności za moje jutro nie wyrażę słowami, bo to zbyt mało. Nie rozumiem, dlaczego aż takiego okrucieństwa musiała doznać jedna z najbliższych mi osób, jak to możliwe, że sąsiad z zimną krwią zabijał swojego sąsiada. Pomimo ogromnej tęsknoty za Zagajami, po latach, kiedy po wiosce nie został najmniejszy nawet ślad, Babcia nie chciała tam jechać, bała się okrutnych wspomnień.

Zbyszek Beling