Chrzan dla... pcheł, kiełbasa dla... wężów. Śledź na gałęzi, żur w grobie
Dodane przez admin dnia Kwiecień 15 2017 11:00:00
Dawniej okres czterdziestodniowego Wielkiego Postu charakteryzowały rozliczne rygory, egzekwowane niezwykle skrupulatnie. Nie było więc wolno grać, śpiewać, tańczyć, a nawet gwizdać. Obowiązywała powaga, a wesołków łamiących zakazy straszono karami piekielnymi. Na potępienie zasługiwał nawet ten, kto spoglądał w lustro lub wąchał mięsną potrawę... Za czasów Bolesława Chrobrego jedzącemu mięso wybijano zęby. Księża szczególnie gromili tych, co ubierali się nieprzystojnie, czyli jaskrawo, albo próbowali pić gorzałkę.
Treść rozszerzona
Jeszcze na początku XIX wieku w Wielki Post przemierzali miasta i wioski niezwykli osobnicy ze szczelnie zasłoniętymi twarzami w kapach (białych, zielonych, błękitnych lub czerwonych - kolor ten zależał od przynależności do danego bractwa), z dyscypliną w ręku. Często chodzili boso - nawet wtedy, gdy ziemię skuwał mróz, nieśli zapalone świece lub pochodnie, a cały orszak prowadził osiłek, który dźwigał ciężki krzyż. Jego głowę - dla większego efektu - przybierano cierniową koroną. Wśród tych przebierańców, zwanych kapnikami, byli nawet królowie, jak Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz oraz wielu znamienitych magnatów i szlachciców.

Owi biczownicy w Wielki Piątek – na pamiątkę pięciu ran Chrystusa – codziennie biczowali się w pięciu kościołach lub pięć razy w jednym. Gdy do kościoła było zbyt daleko, to udawali się pod Bożą Mękę, czyli krzyż przydrożny i tam niemiłosiernie siekli swoje ciała. Mimo że bractwa biczowników zrzeszały wyłącznie mężczyzn, to niekiedy udawało się do nich przyłączyć nielicznym kobietom, co jednak wywoływało powszechne zgorszenie. Procesje kapników, były niezwykle okrutne, toteż w końcu Kościół zakazał tych barbarzyńskich praktyk, uznając je jako niegodne człowieka.

Kawa z... gliny
Okres Wielkiego Postu miał służyć totalnemu umartwianiu. Zdarzały się jednak pewne wyjątki. Bezkarnie – nie narażając się na ogień piekielny i gromy dobrodziejów – można było poswawolić pierwszego kwietnia, czyli w prima aprilis. Wysyłano wtedy na przykład śmieszne listy (ten zwyczaj istniał jeszcze całkiem niedawno), znajomych obdarowywano dziwacznymi prezentami, jak choćby zdechłym kotem lub innym paskudztwem. Gościom podsuwano pierogi z piaskiem lub trocinami, albo podawano kawę z... gliny. Nikt się jednak nie obrażał, a śmiechu było co niemiara.

Najbardziej radosna podczas postnego smutku była Niedziela Palmowa, dawniej zwana Kwietną. Na pamiątkę wjazdu Jezusa do Jerozolimy urządzano uroczyste procesje i tak zresztą jest obecnie. Wierni obowiązkowo nieśli bukiety z wierzbowych bazi, zwanych palmami. Po nabożeństwie młodzież zaczynała się okładać wierzbowymi rózgami, pokrzykując wesoło: „Nie ja biję – wierzba bije – za tydzień – za sześć noc - Wielkanoc”. Każdy też musiał zjeść co najmniej kilka poświęconych bazi. Miały one chronić przed bólem gardła. Poniekąd było to słuszne, ponieważ kora i bazie wierzbowe zawierają naturalną aspirynę. Wówczas jednak o tym nikt nie wiedział. Palmy należało również włożyć za święty obraz, bo skutecznie ponoć odpędzały chmury gradowe, a wykonane z nich krzyżyki wetknięte w rolę - przysparzały gospodarzom plonów i chroniły przed klęskami.

W Wielki Piątek polowano na śpiochów
W Wielkim Tygodniu rygory Wielkiego Postu były jeszcze bardziej surowe, chociaż i wtedy pozwalano sobie na różne psoty... I tak w Wielki Piątek polowano na śpiochów. Kogo przydybano w łóżku, ten otrzymywał niezłe cięgi. Obita lub obity musieli milczeć, gdyż to była chłosta „za Boże rany”. W ten dzień obowiązkowo należało odwiedzić Grób Pański, który to zwyczaj wywodzi się z wczesnego średniowiecza. A pochodzi z Jerozolimy, gdzie przed prawdziwym grobem Pana Jezusa pełnili straż zakonnicy, zwani Stróżami Grobu Chrystusowego.

Do Polski ów zakon został sprowadzony w XII wieku przez Jaksę Gryfitę (w 1162 roku ufundował im klasztor i kościół) do podkieleckiego Miechowa. Odtąd zwano ich miechowitami lub bożogrobcami. Około 1198 roku osiedli oni także w Gnieźnie. To właśnie ci zakonnicy pierwsi w Polsce rozpoczęli modły u symbolicznego grobu Pana Jezusa. Udając się doń, należało mieć na sobie ubiór w kolorze czarnym. W miastach i wszędzie tam, gdzie było więcej kościołów, godziło się obejść wszystkie Groby i przy każdym choć przez chwilę się pomodlić. Na odwiedzających czekali kwestarze, którzy zbierali datki na kwiaty do przybrania ołtarza wielkanocnego.

„Gorzkie żale przybywajcie”
Do obowiązkowych należało też uczestnictwo w Gorzkich Żalach. Nazwa tego nabożeństwa pochodzi od pierwszych słów pieśni śpiewanej tylko podczas Wielkiego Postu: „Gorzkie żale przybywajcie, serca nasze przenikajcie...”.

Wielki Piątek, zwłaszcza na wsi nie upływał wyłącznie na ciągłym umartwianiu. Młodzi, a czasem także dorośli, kąpali się w rzekach, stawach i jeziorach, często razem ze zwierzętami. Takie wczesnowiosenne obmywanie miało chronić przed krostami. Najbardziej jednak pastwiono się nad znienawidzonym postnym śledziem, którego obowiązkowo należało powiesić na suchej gałęzi. Dostawało się także żurowi. Garnki z tym jadłem-przejadłem rozbijano i wszystko zakopywano w ziemi, po czym usypywano kopczyk w kształcie mogiły. Uczestnicy takiego „pogrzebu” wyczyniali różne figle, często zaś zabawa przeciągała się do następnego dnia.

Dzieci wysyłano na poszukiwanie bukszpanu
Już od rana w Wielką Sobotę gospodynie przygotowywały świąteczne smakołyki, a gospodarze wędzili szynki i kiełbasy. Od smakowitych zapachów aż ściskało w dołku, ale na wyżerkę trzeba było poczekać. Na wielkanocnym stole obowiązkowo musiały się znaleźć baby, mazurki, kołacze, szynka, pęta kiełbas oraz gotowane jajka. Część jajek pięknie malowano (od sposobu wykonanych na skorupce ozdób zwano je pisankami lub kraszankami). Dla lepszego trawienia ucierano chrzan. Gdy podczas tego tarcia wylewano całe zdroje łez, to mówiono że płacz jest na pamiątkę męki Jezusa. Nie mogło też na świątecznym stole zabraknąć baranka z masła albo z cukru. Gospodarz musiał pamiętać, aby nie zabrakło czegoś mocniejszego do przepłukania gardła.

Dzieci wysyłano na poszukiwanie bukszpanu, na Ziemi Gnieźnieńskiej nazywanego gryszpanem, aby było czym przystroić świąteczne przysmaki. Musiały również wykonać „zajęcze gniazda”, w których w wielkanocny poranek znajdowały różne łakocie — oczywiście przyniesione przez zająca.

„Stary moździerz do strzelania”
Po uporaniu się z pracami kuchennymi gospodyni jeszcze przyrządzała święconkę (święcone). Więc do wiklinowego kosza wyłożonego lnianą serwetą i pięknie przystrojonego gryszpanem, wędrowała niewielka część z każdej potrawy, jaka miała trafić na świąteczny stół.

Pod wieczór należało tylko posprzątać w izbach i w obejściu... i kończyło się czterdziestodniowe umartwianie.

O północy, a od czasów stanisławowskich – gdy wstaje niedzielny świt, we wszystkich kościołach dzwony oznajmiały, że już czas na Rezurekcję. Jeszcze w XIX wieku dzwonom towarzyszyła głośna kanonada. Strzelał każdy, kto tylko posiadał jakąkolwiek pukawkę. Ślad tych praktyk można znaleźć w „Kronice” kościoła w Imielnie z 1870 roku, gdzie zapisano że na stanie tej świątyni znajdował się „stary moździerz do strzelania”.

Chrzan dla... pcheł, kiełbasa dla... wężów
Po powrocie z kościoła czym prędzej siadano do stołu i zaczynało się wielkie obżarstwo. Często też wznoszono kielichy, co niejeden z biesiadników przypłacał niedomaganiem wątroby. Dziwnym zwyczajem było pozostawianie części chrzanu dla... pcheł i kawałka kiełbasy dla... wężów. Wierzono bowiem, że kto ma pchły, ten jest bogaty. Kiełbas zaś takich jak węże przez cały rok miała być pełna komora. Nie wiadomo tylko, czy pchły i węże z owych podarunków były zadowolone.

Chociaż jedzono i pito do woli, to świąteczne wiktuały musiały wystarczyć i na poniedziałek. A dawniej także na wtorek, ponieważ kiedyś święta trwały aż trzy dni!

Objedzeni i podpici biesiadnicy zazwyczaj dość późno kładli się do łóżek, toteż następnego dnia wstawać się im nie chciało. Kto jednak w porę nie zwlókł się z pierzyn, ten pływał w łożu, gdyż w wielkanocny poniedziałek o świcie zaczynał się sądny dzień, czyli dyngus. Najbardziej pastwiono się nad przesypiającymi ranek kobietami. Gdy taką śpioszkę dopadnięto w pościeli, to za chwilę z jej łóżka woda płynęła niczym ze stawu po przerwaniu grobli. A już wśród opłotków i zabudowań toczyły się prawdziwe wodne bitwy. Woda lała się obficie z wiader, kubłów, a nawet z sikawek strażackich. Tylko postękujące żurawie oraz zgrzyt łańcuchów studziennych świadczyły, że cięgle było jej za mało. Bywało, że wypompowywano niejeden mniejszy staw. Czasem zamiast wody lała się... gnojówka, ale po takim dyngusie wszystkim trzeba było zalecić dodatkową kąpiel. Jeszcze przez kilka dni suszyły się zalane meble i pościele...

Dzisiaj, chociaż stołów wielkanocnych nie zastawia się tak jak w większości domów dawniej, lecz pozostała tradycja radosnych świąt. O kubeł wody też nietrudno.

Tadeusz Panowicz
Ilustracje: archiwum T. Panowicza