Sekrety pałacu i parku w Zdziechowie
Dodane przez admin dnia Lipiec 21 2012 21:00:00
W poszczególnych miejscowościach na terenie powiatu gnieźnieńskiego znajduje się wiele budowli, które kryją w sobie dawne, niezgłębione historie. Jedną z nich jest pałac w Zdziechowie z drugiej połowy XIX wieku wraz z parkiem krajobrazowym, będący w przeszłości własnością niemieckiej rodziny Wendorffów, która przechodziła na własność z pokolenia na pokolenie aż do 1945 roku. Jak na przestrzeni lat zmieniało się to miejsce? Jakie tajemnice kryje przed nami pobliski park?
Treść rozszerzona
W XIX wieku ze wsi gospodarskiej - Zdziechowa, niemiecka Komisja Kolonizacyjna nabyła jedno gospodarstwo chłopskie. Według zapisów w księdze wieczystej: „W roku 1834 właścicielem majątku Zdziechowa był Zygmunt Twardowski z małżonką Katarzyną. W 1856 r. właścicielami Zdziechowy jest rodzeństwo Twardowskich: Melania, Teofila, Jan, Władysław, Ksawery i Józef, którzy w tym samym roku sprzedają majątek Adalbertowi Barnabarze”.
W 1857 r. Zdziechowa przechodzi w ręce Edwarda Wendorffa, jednego z potężniejszych ziemian, który, jak wynika z ustnie przekazywanych wspomnień, był pozytywnie nastawiony do Polaków.

Z niewielkiego domku w pałac
Kiedy dokładnie powstaje pałac? Najprawdopodobniej około roku 1870, ale dokładne określenie jest bardzo trudne, bowiem nie zachowała się dokumentacja, która mogłaby być dobrym źródłem informacji. Jedno jest pewne – wraz z rozrostem ziemi posiadanej przez E. Wendorffa, rozprzestrzeniała się siedziba właściciela, którego ranga rosła z roku na rok. Systematyczny rozwój majątku zapewnił następca Edwarda a więc Wilhelm oraz jego syn, Herbert, o którym wiemy dużo więcej niż o jego przodkach. Majątek w Zdziechowie przejął jeszcze przed wybuchem I wojny światowej. Swoich polskich pracowników najemnych traktował bardzo dobrze na tyle, że kiedy trwało Powstanie Wielkopolskie i Niemcy mieli wkroczyć do Zdziechowy, to Herbert Wendorff ostrzegał Polaków, gdyż, jak zwykł mawiać: „To są moi ludzie”. W tamtym czasie pałac w Zdziechowie posiadał wysoką wieżę, którą Niemcy zajęli Wendorffowi - była doskonałym miejscem do organizowania strzeleckich potyczek z Polakami. Niestety, wieża nie zachowała się do czasów współczesnych.

Międzywojenne prosperity
W okresie międzywojennym gospodarstwo rozwijało się w najlepsze. Niemiecki właściciel posiadał owce, świnie, konie i inne zwierzęta. W gospodarstwie zajmującym 1200 mórg ziemi pracowało ponad 100 Polaków. Herbertowi urodziło się sześcioro dzieci. Każde z nich posiadało swój pokój na piętrze w pałacu. Na dole znajdowała się m.in.: kuchnia, jadalnia, pokój muzyczny (Musikzimmer) oraz salon. Ówczesnym włodarzem majątku był Andrzej Kraczek, który w 1927 roku doczekał się narodzin kolejnej córki, Zosi.

Oto jak dzisiaj wspomina tamte czasy pani Zofia Pękała (rocznik 1927). – Praca w gospodarstwie Wendorffa była ciężka, ale wiedzieliśmy, że bez tego nic nie osiągniemy. Cieszyliśmy się, że on jak i jego dzieci i żona byli do nas pozytywnie nastawieni. Wiem, że był na tyle dobry, że kiedy zbliżała się gwiazdka, to zabijane były świnie i owce, które rozdawane były Polakom – wspomina Zofia Pękała.

Śmierć syna i Polacy zabici w parku
1939 rok był tragiczny dla rodziny Wendorffów – w trakcie lotu, który miał zakończyć się zbombardowaniem pobliskiego Działynia, po strąceniu ginie najstarszy syn zarządcy, Herbert. Zostaje pochowany w grobowcu, znajdującym się w pobliskim parku, gdzie znaleźli się już wcześniej jego dziadkowie oraz ciotka, Charlotta. Jakiś czas później, w tym samym parku dochodzi do makabrycznego zdarzenia. – Zauważyłam, że pod mur prowadzą czterech Polaków. Miałam wówczas 12 lat i jak każde dziecko byłam ciekawa. Dostrzegłam, że zmuszają ich do wykopania niewielkiego dołka, mężczyźni stali do mnie tyłem. Potem uciekłam z tego miejsca. Od innych ludzi dowiedziałam się, że zostali rozstrzelani – opisuje Z. Pękała.

Wspomniana czwórka Polaków (jak wynika z relacji naszej rozmówczyni - uzbrojonych cywilów) szła z Gniezna w kierunku Bojanic i została zatrzymana przez niemiecki patrol. Kiedy zostali zabici w parku, przeszukania zwłok dokonał Sylwester Stachowiak, pracownik majątku Wendorffa. Zabrał ich dokumenty i powiadomił rodzinę. Okazało się, że jeden z nich pochodził z okolic Janowca Wielkopolskiego, inny z Hub Bojańskich a pozostali z Kłecka i Bojanic. Kilka tygodni później, potajemnie, w nocy, trzech z nich zostało zabranych na bryczce. Co stało się z czwartą ofiarą hitlerowców? Niewykluczone, że jego szczątki nadal znajdują się w parkowej mogile.

Nowy zarządca – nowe problemy
W 1939 roku u Herberta seniora zaczyna postępować rak płuc, który doprowadza do zgonu w 1940 roku. Jednym z pragnień właściciela było to, aby trumna z jego zwłokami była niesiona przez Polaków – pracowników gospodarstwa. Tak się właśnie stało. Trumna został w uroczysty sposób wyniesiona z pałacu do parku, gdzie nastąpiło symboliczne „pożegnanie” z grobowcem rodzinnym. Następnie, Herbert Wendorff został pochowany na cmentarzu w Gnieźnie. Po krótkim okresie przebywania wyznaczonego rządcy, dziedzicem został syn Herberta, Borhard, który wspierał nazistów i nienawidził Polaków. W miejscowej okolicy „zasłynął” namiętnym usuwaniem przydrożnych krzyży, kapliczek i figurek. – Po latach dowiedziałam się, że w wyniku choroby stracił obie nogi i do końca życia musiał jeździć na wózku. Wiele osób mówiło potem, że spotkała go kara boska za wyrządzone krzywdy. Cóż, widocznie w każdej rodzinie musi być „czarna owca” – mówi Zofia Pękała.
Nowy właściciel to odmiana dla pracowników ze Zdziechowy o 180 stopni. Gehenna zakończyła się dopiero w 1945 roku, kiedy to Wendorffowie uciekali ze Zdziechowy z całym, niezbędnym dobytkiem, którym zostało obłożonych osiem wozów.

Był pałac, jest sierociniec
Niemcy nie zostawili niczego wartościowego w pałacu, do którego nielegalnie ściągały polskie rodziny żyjące tutaj „na kocią łapę”. Co ciekawe, po najeździe Rosjan, pałac nie ucierpiał w żaden sposób – krasnoarmiejcy urządzili sobie w nim noclegownię. Pod koniec wojennej zawieruchy piękny dwór Wendorffów zamienił się w sierociniec dla ok. 50 dzieci. Nie trwało to jednak długo, bowiem już kilka miesięcy później u dzieci stwierdzono objawy rozmaitych chorób zakaźnych i wywieziono je ze Zdziechowy.

Tak pobyt w sierocińcu wspomina Stanisław Koreywo: - Po jakimś czasie, chłopców w miarę wyrośniętych, przegrupowują do nowo utworzonego Sierocińca w Zdziechowej (współczesna odmiana – w Zdziechowie – przyp. red.) koło Gniezna. Tam też jedziemy z Frankiem i podobnymi kolegami, a Oleczka zabieram na własną odpowiedzialność, jako że nie spełniał wymaganego kryterium wiekowego. Zdziechowa, duży pałac z wieżą, niedawna siedziba niemieckiego grafa jest teraz naszym „Domem". Ogromny majątek ziemski jest w trakcie parcelacji. Dawni fornale, w sporze o korzystniejsze kawałki gruntu są nie pojednani i o podziale decyduje losowanie. Do dyspozycji naszej pozostaje ogród, kawałek pola, park rozległy i piękny w swej nienaruszonej dostojności, parę wołów i krów. Będziemy samowystarczalni, przynajmniej w zakresie wyżywienia. W powozowni stoi, piękna lekkością, obita wewnątrz pluszem, z herbami rodowymi na drzwiach, kareta.

„Największe rozrabiaki rzucali się czaszkami”
Już po roku żywe były zabiegi, aby w pałacu utworzyć Szkołę Powszechną. Pierwszym kierownikiem placówki został Adam Budzyński, który funkcję woźnej powierzył Zofii Pękała. Kiedy rozbrzmiał pierwszy dzwonek, zajęcia wychowania fizycznego prowadzone były w parku. Dziecięca ciekawość spowodowała, że najmłodsi odnajdywali szczątki ciał z grobowca rodziny Wendorffów. – Dochodziło do dantejskich scen. Największe rozrabiaki rzucali się czaszkami i innymi elementami szkieletu. Wszystko dlatego, że mieli bardzo łatwy dostęp do tego miejsca, bo trumienki były w złym stanie a przykryte były kamieniami. W końcu, kierownik Budzyński i władze gminne uporządkowały ten teren, który został podsypany przez co – niedostępny – opisuje Zofia Pękała.


Przyjazne relacje z Niemcami
Przez wiele lat po zakończeniu II wojny światowej, do Zdziechowy przyjeżdżała rodzina Herberta Wendorffa: córki i najmłodszy syn, Bernard z dziećmi. – Nasze spotkania upływały zawsze w przyjacielskiej atmosferze. Wszyscy oni byli podobni do swojego ojca jeżeli chodzi o relację z Polakami. Rozdaliśmy im wszystkie fotografie Herberta a mieliśmy ich mnóstwo. Mimo to, ja wciąż mam go przed swoimi oczami – to był naprawdę dobry człowiek… - wspomina z rozrzewnieniem Zofia Pękała.

W 1987 roku pałac wraz z otaczającym go parkiem zostały wpisane do rejestru zabytków. Obecnie w budynku znajduje się Przedszkole, Szkoła Podstawowa i Gimnazjum dla miejscowych dzieci.

Paweł Brzeźniak

Źródła:
starwon.com.au/~korey/Rodzina/wspomnienia_staszka
zdziechowa.internetdsl.pl/ - strona internetowa SP w Zdziechowie