„Jeśli człowiek chce się utrzymywać na powierzchni mętnej wody showbiznesu, co cały czas trzeba pracować”
Dodane przez admin dnia Maj 28 2012 18:00:00
Zbigniew Wodecki, showman łączący pokolenia, którego przeboje znają i dzieci, i dorośli, był gwiazdą Piastowskiego Festiwalu Wodnego „U źródeł polskości”, który 26 maja odbył się nad jeziorem Kłeckim. Koncert artysty z Krakowa zgromadził około 3 tys. widzów. Ale przed koncertem był też czas na rozmowę ze Z. Wodeckim, zarówno na terenie Festiwalu, jak i wcześniej (koncert odbył się o godz. 16.30, a artysta był w Kłecku już o godz. 13.30) w Zajeździe Kłeckowianka, gdzie organizatorzy zaprosili go na obiad.
Treść rozszerzona
- Jakże tu u was pięknie! Tyle jezior! – tymi słowami Zbigniew Wodecki powitał oczekujących go przed Zajazdem Kłeckowianka organizatorów Festiwalu. - U mnie na wsi pod Krakowem nie ma żadnego jeziora, tylko jaszczurki, a u was tak pięknie! Chyba przyjadę tu z rodziną na wakacje – dodał.

Następnie w rozmowie z Krzysztofem Gronikowskim z Urzędu Miejskiego w Kłecku, Karolem Soberskim, Leszkiem Olejniczakiem (z portalu piastowskakorona.pl), Anną i Wojciechem Frąckowiakami (właścicielami Kłeckowianki) Z. Wodecki dzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat życia artystów, jak również opowiadał anegdoty związane z występami scenicznymi.

Znalazł także czas na wywiad dla Radia Gniezno, informacjilokalnych.pl i piastowskiejkorony.pl, który przeprowadzili Joanna Gronikowska z Radia Gniezno i K. Soberski.

- Jest Pan jednym z tych artystów, którzy przyznają, że nie przeszkadza im popularność. Faktycznie tak jest?
- Tak. Pamiętam bowiem taki moment, gdy byłem małym chłopcem, miałem 8 lat i z rodzicami pojechałem na wakacje nad morze. Byłem wtedy świadkiem, jak w jednej z restauracji do bardzo znanego wówczas człowieka Andrzeja Łapickiego podbiegło małe dziecko i poprosiło go o autograf. Patrzyłem na niego wielkimi oczami, bo to był facet z telewizora. I on wtedy jadł zupę i odmówił temu dziecku. I słusznie, bo to rodzice powinni pamiętać, że przy jedzeniu nie powinno się przeszkadzać. Ale odmówił i mi się wtedy tak żal zrobiło tego mojego prawdopodobnie rówieśnika, że powiedziałem, iż jak będę kiedyś popularny, znany, to nie odmówię nigdy nikomu autografu. I od tamtego czasu to mi zostało.

- A łatwo było sobie dotrzymać tego słowa?
- Ciężko, czasami bardzo ciężko, bo zdarza się, że nie ma czasu, my się spieszymy. Trzeba przyjechać, zagrać koncert, potem się spakować i dojechać na następny jakiś koncert. I wtedy jest coś takiego, szczególnie dzisiaj kiedy wszyscy mają komórki i te komórki robią zdjęcia. I jak jest 5 tys. osób to każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Ja to rozumiem i nie mam żadnych oporów, tylko wiem, że każdy nie robi jednego zdjęcia, tylko dwa, bo jedno może nie wyjść i jak jest tysiąc osób, to jest dwa tysiące zdjęć. A wtedy to trwa. I albo od razu się uda zwinąć manatki i zanim ludzie się zorientują być w trasie na następny koncert, albo powrót do Warszawy lub Krakowa, bo rano mam jakiś koncert lub nagrania. Albo, gdy ludzie już człowieka złapią, jest co najmniej godzina w plecy. To jest jedyna przeszkoda, bym ja to słowo sobie dotrzymał.

- Ale generalnie popularność jest przyjemna?
- Jak już jest, to później ona zaczyna przeszkadzać, ale jak się ma trochę pokory w sobie, tak jak ja, i inteligencji tak jak ja (śmiech) to człowiek musi do tego przywyknąć, bo to jest wynik tej pracy. Każdemu z ludzi występujących chodzi o to, by być rozpoznawalnym. Śmieszą mnie takie stwierdzenia, że komuś nie chodzi o popularność. A gdy ktoś przestaje być już popularny, a tak się też zdarza, to wtedy się okazuje, że nie jeden oddałby bardzo wiele by z powrotem być rozpoznawalnym. Ja mam to już za sobą, bo tyle lat... i ci którzy mają te jedenaście lat będą mnie już chyba pamiętali.

- Każdy z artystów ma swoje ulubione formy grania i występowania. Niektórzy wolą koncerty plenerowe, inni zamknięte np. w Sali Kongresowej. Co Pan lubi?
- Lubię występować tam, gdzie jest spokój, gdzie można się skupić, zaśpiewać fajne teksty, których trzeba wysłuchać. Gdzie nie ma koła młyńskiego, strzelnicy, gdzie helikopter nie rozrzuca ulotek w trakcie koncertu. Ale gra się różnie. Ja grałem na trasie Lata z Radiem, imprezy na stadionach gdzie właśnie były te wspomniane strzelnice, itd. I udało mi się ułożyć taki repertuar, że on pasuje i na duże sale koncertowe, na plenery i na wieczór przy świecach i na stadion.

- Jakie plany ma Pan na najbliższe miesiące?
- Teraz muszę napisać muzykę do „Wyzwolenia” Wyspiańskiego. Dyrektor Jasiński robi w Teatrze Stu w Krakowie tryptyk Wyspiańskiego od „Wesela”, przez „Wyzwolenie”, itd., i tam muszę napisać trochę muzyki, a to jest dość ciężka robota. Teksty Wyspiańskiego są świetne, ale takie jakie są i to jest najbliższe moje zadanie. Poza tym dużo koncertów. Między innymi koncert na żywo w Radio dla Ciebie, koncert transmitowany i zawsze człowiek musi się przygotować do czegoś. To jest taki wiecznie niekończący się egzamin w tym fachu. Jeśli człowiek chce się utrzymywać na powierzchni mętnej wody tego showbiznesu, co cały czas trzeba pracować. A jeszcze ja sobie wziąłem taki dość trudnawy repertuar to muszę być cały czas w formie. Jest to taka wieczna sesja egzaminacyjna.

O koncercie Zbigniewa Wodeckiego na Piastowskim Festiwalu Wodnym tutaj.

(red)
Fot. L. Olejniczak