U Hrabiego Skórzewskiego
Dodane przez Janusz Rafinski dnia Maj 04 2012 23:00:00
Nagle tej wiosny wystrzeliło lato. 27 kwietnia temperatura przekroczyła 25 stopni. Czas więc wskakiwać na rower i w drogę. Dzisiaj obieram trasę do Lasów Czerniejewskich. Inspiracją wyprawy jest Pan Szczepan Kropaczewski, myśliwy i świetny znawca tamtych terenów i jego artykuły w „Piastowskiej Koronie” na temat Grobli Czerniejewskiej i tragicznych losów Hrabiego Witolda Skórzewskiego.
Treść rozszerzona
Gniezno opuszczam ulicą Dalkoską i po minięciu przejazdów kolejowych, jadę przez Dalki do końca ulicą Gajową. Pierwszym celem są Kokoszki i wzgórek, na którym stoi największy w okolicy maszt antenowy. Skręt w prawo na ulicę Kokoszki (choć to tylko polna droga) i dalej pod górkę do lasku drogą obok masztu. Za masztem skręcam w prawo, na polankę z byłym, nielegalnym pewnie, wyrobiskiem żwiru. Wdrapuję się na sam szczyt wzniesienia. Dlaczego? Ponieważ tym sposobem znalazłem się w najwyższym punkcie naszego miasta. Według wojskowej mapy -139 m n.p.m. A ponadto jest stąd niezły widok na panoramę Gniezna oraz odleglejsze tereny w kierunku północnym i zachodnim. Szkoda tylko, że okoliczni mieszkańcy, to urocze na swój sposób miejsce, totalnie zaśmiecili. Ruszam dalej. Skręcam w prawo i zjazd z górki, mocno piaszczystą drogą, do torów kolejowych do Wrześni, ale przed przejazdem skręt w lewo, w kierunku zabudowań Kokoszek i w prawo ulicą Południową. Tam dopiero przekraczam tory kolejowe i opuszczam Gniezno i dalej cały czas prosto polnymi i leśnymi drogami do Pawłowa. Na asfaltową drogę Gniezno-Czerniejewo wjeżdżam tuż przed Pawłowem, a więc skręt w lewo do wsi i zaraz za kościołem w prawo. No i tu obowiązkowy postój, bo kościół wart jest obejrzenia.

Pawłowo jest położone na skraju Lasów Czerniejewskich, nad rzeczką Wrześnicą. Wieś stara, znana już w XIII wieku jako własność kapituły gnieźnieńskiej. Ongiś leżała na trakcie z Gniezna do Giecza. Kościół umiejscowiony na skraju doliny Wrześnicy, pierwotnie istniał w XIV wieku. Obecny, pod wezwaniem św. Marcina, drewniany, zbudowany został w 1762 r. z fundacji kapituły i K. H. Szembeka. Jest budowlą orientowaną, jednonawową, konstrukcji zrębowej. Wieża pochodzi z 1932 r.

Spod kościoła w Pawłowie zjeżdżam w dół, w dolinę Wrześnicy i dalej przez wieś, wąską ale asfaltową drogą, jadę do osady o nazwie Chuby Pawłowskie. Asfaltówka doprowadza mnie do końca osady. Kończy się asfalt i zaczyna się las.

Wkraczam do Lasów Czerniejewskich. Ta część lasów nazywa się „Nowy Las”. Wjazd w leśną dróżkę początkowo niezbyt zachęcający. Jakieś wykopy na drodze, jakaś sterta żwiru. Ale po ok. 50 metrach już jest znośna, przyjemna leśna dróżka. Las tutaj bardzo urozmaicony, mieszany z przewagą drzew liściastych. Mimo wiosennej pory już jest zielono, a w poszyciu nawet wielokolorowo.

Około 500 metrów prosto, na południe a potem skręt w prawo, lekko na południowy zachód. Nagle, po prawej stronie drogi, otwiera się polana, a na jej skraju, przy drodze, stoją dwa zabudowania. Miejscowi nazywają to miejsce „starą chatą”. Oba o pobielonyh ścianach z nadbudową z drewna. Wyglądają na dość stare. Pierwszy był pewnie kiedyś oborą, może stajnią z nadbudówką przeznaczoną na siano. Drugi budynek, z pruskiego muru, również nadbudowany częścią drewnianą, przypomina raczej pomieszczenia mieszkalne. Zastanawiające, kto tutaj, w tej głuszy mógł mieszkać? Zabudowania jak i obejście wyglądają na zadbane ale używane dość rzadko. Ciekawe co tu mogło być kiedyś? Może gajówka? Zagadnięci dwaj mieszkańcy Czerniejewa informują mnie, że obecnie te budynki wykorzystują myśliwi na swoje spotkania podczas polowań. Ale co było tu kiedyś, niestety nie wiedzą. Ciekawe!

Pozostaje mi mieć nadzieję, że tę moją relację przeczyta Pan Szczepan Kropaczewski, wspomniany już w wstępie i może w komentarzach zaspokoi, nie tylko moją, ciekawość. Jeszcze parę fotek i w dalszą drogę.

Nadal Nowym Lasem, w kierunku południowo-zachodnim, docieram do skrzyżowania leśnych dróg. W lewo droga do Goraniana, prosto do Czerniejewa, a w prawo do wsi Leśniewo. Wybieram tę na Czerniejewo i wkraczam do Rezerwatu Bielawy, utworzonego w 1954 roku. Króluje tutaj drzewostan dębowy w górnym piętrze, z domieszką drzew liściastych i iglastych jak buk, grab, sosna i modrzew polski. W drugim piętrze lasu występuje również klon polny, jawor, wiąz i jesion a także inne gatunki liściaste. Stary, piękny las. I znów kilka zdjęć przy tablicy informacyjnej o rezerwacie i jadę dalej.

Jeszcze około pięćset metrów i trafiam na główny cel mojej, dzisiejszej wyprawy. Jest nim tajemnicza grobla, ciągnąca się od tego miejsca, meandrami poprzez las, w kierunku południowym, niemalże do Czerniejewa. Ponownie pozwolę sobie wspomnieć Pana Szczepana Kropaczewskiego, gdyż jego artykuł na temat „grobli”, w Piastowskiej Koronie pt. „Zagadkowa Grobla. Kto ją zbudował i po co?”, w dziale ‘Na tropach historii – Skarby i tajemnice”, wyjaśnia niemalże wszystko co o tym obiekcie wiadomo. W miejscu gdzie się zatrzymałem, grobla przechodzi przez drogę z zachodu na wschód i wije się skrajem lasu w kierunku Goranina. Bardzo ciekawa osobliwość. Ale czy jej twórcą była natura czy przemyślana działalność ludzka? Tego, jak na razie, nikt nie wie.

Jadę jeszcze kilkaset metrów dalej, aby podziwiać, po prawej, tę zagadkę. Czas wiosenny sprzyja oglądaniu tego wału, gdyż runo leśne i podszyt jeszcze bez liści i wał jest doskonale widoczny z drogi.

Czas jednak zawracać, aby wypełnić cały program wycieczki, a jego ostatnim punktem jest pomnik, poświęcony tragicznej śmierci, na polowaniu, hrabiego Witolda Skórzewskiego. Stoi on w miejscu, gdzie zginął hrabia, od przypadkowej kuli, przy drodze do Leśniewa. Mijam więc ponownie, tylko w odwrotnym kierunku, skrzyżowanie dróg leśnych i kieruję się w lewo, w kierunku północno-zachodnim. Po prawej można podziwiać drugi w tym rejonie rezerwa przyrody, mianowicie Rezerwat „Wiązy w Nowym Lesie”. Powstał on w 1967 roku i chronione są w nim pojedyncze okazy przeszło stupięćdziesięcioletnich wiązów, a także dęby, graby, olchy i brzozy. Występują tu także klony polne, osiki, jarzębiny.

W pewnym miejscu, po lewej stronie szerokiego traktu leśnego, otwiera się czterdziestometrowa, wąska alejka, która doprowadza do pomnika. Uwaga, latem kiedy poszycie leśne jest mocno zielone, można tę alejkę przeoczyć. Mnie się to już raz zdarzyło.

No i jest. Skromny, otoczony kowalskiej roboty płotem z furtką na przodzie, murowany cokół, a na jego szczycie krzyż. Na czołowej ścianie tablica z napisem (pisownia oryginalna):

Bratu Witoldowi
który w 48 roku życia swego
zginął na tem miejscu
1912 Roku 30 Grudnia
o 12 w południe
w skutek nieszczęśliwego
wypadku na polowaniu.
Włodzimierz Hrabia
Drogosław Skórzewski.


Poniżej druga inskrypcja, informująca o tym, że fundator pomnika Włodzimierz zmarł w Warszawie pół roku później. Na samym dole trzecia informacja: ”Wykończyła ten pomnik ... Żona i Bratowa z Książąt Radziwiłłów Witoldowa Hrabina Skórzewska.

Piękne są inskrypcje na pozostałych bokach cokołu. Na ścianie lewej wyryty fragment wiersza, zaczynający się od słów : ”Może ja zasnął – umarłem już może. Dajcie mi pokój przyjaciele moi...”. Kto jest autorem tego utworu, nie wiem, ale kojarzy mi się z powieścią pt. „Rip Van Winkle”, dziewiętnastowiecznego pisarza amerykańskiego Washingtona Irwinga.

Na ścianie tylnej znajduje się fragment wiersza „Bóg mi odmówił” Zygmunta Krasińskiego, a na prawej, fragmencik poematu tegoż wieszcza - „Przedświt”. Więcej o tym tragicznym wydarzeniu, zainteresowani mogą dowiedzieć się z opowieści, wspominanego wyżej przeze mnie, Pana Szczepana, w Informacjach Lokalnych.pl.

Magiczny to zakątek, mieszczuchowi dający szansę na chwilę wyciszenia się i zadumy. Jest w tym miejscu jakaś moc, która sprawia, że powraca się tu, będąc w tych lasach, a którą uświadamiam sobie udając się w drogę powrotną do domu. Słońce zaczyna zachodzić, czas wracać.

A więc obieram kierunek na Leśniewo, przy trzecim krzyżu skręt w prawo do Pierzysk, potem za stacją PKP i przejazdem w prawo do Woźnik. W Woźnikach skręcam w prawo w polną drogę, nawet całkiem fajną, która doprowadza mnie, niestety, do zaoranego pola. Raz kozie śmierć, boczkiem, boczkiem pokonuję czterdziestometrowy pas pola i już jestem na drodze stanowiącej przedłużenie ulicy Orzeszkowej na Skiereszewia. Jeszcze tylko Weneja, Rynek i już ukochane „Tysiąclecie”. Jestem w domu. Licznik pokazał równe czterdzieści kilometrów, efektywny czas podróży godzina i pięćdziesiąt dziewięć minut.

Tekst i foto:
Janusz Rafiński