„Ofiary zabobonu” - nieznana opowieść o dziejach Kiszkowa!
Dodane przez admin dnia Grudzień 26 2011 16:00:00
Kilka dni temu napisała do nas jedna z mieszkanek gminy Kiszkowo – pani Ania – i poinformowała, że jest w posiadaniu części książki zatytułowanej „Ofiary zabobonu”. - Jest to stara opowieść o dziejach Kiszkowa. Napisana jest ciekawym językiem. Została ona napisana około 100 lat temu. Kilka lat temu wpadł mi w ręce fragment tej książki i wówczas ją zeskanowałam. W książce brakowało kilku pierwszych stron i nazwiska autora – napisała pani Ania.
Treść rozszerzona
Dalej w swoim mailu nasza Czytelniczka podaje, że oryginał tej książki znajdował się w zbiorach Towarzystwa Czytelni Ludowych, przy kościele ewangelickim w Śmiglu, jednakże podczas II wojny światowej, cały księgozbiór został zniszczony przez Niemców. Ale część tej książki, bez kilku pierwszych stron, została w niewyjaśnionych okolicznościach ocalona.

Stąd też apelujemy do naszych Czytelników: być może ktoś zna historię tej nieznanej bliżej książki, zna nazwisko jej autora. Zachęcamy do przesyłania na adres: kontakt@piastowskakorona.pl wszelkich informacji o tej książce, a także informacje o innych wydanych przed wieloma laty, a dzisiaj zupełnie zapomnianych książkach o naszym regionie.

Poniżej publikujemy fragment rozdziału II książki „Ofiary zabobonu”
„Mają swoje dzieje wielkie miasta, ale mają je też i małe miasteczka, nawet wioski. Wprawdzie historyja małych miasteczek nie wypadłaby tak świetnie, jak historyja miast stołecznych, gdzie przy boku królewskim uwija się świata, kapiąca od złota. Rozmaite zmiany i przemiany z w stolicy, w jej upiększaniu, wreszcie w czasie wojennym jej uciski, lub świetna obrona, to materiał dla historyków. O małych zaś miasteczkach nikt nie wspomni, bo na cóż? Że tam Szwed spalił jakie miasteczko nie warte wspomnienia, lecz gdyby zbombardował jedną kamienicę w Warszawie, już by to było w księgach zapisane.

Zupełnie tak samo jak z ludźmi. O bogaczach wiele mowy, chociaż czyny ich na to nie zupełnie zasługują – o biednym nikt nie wspomni. Kto bogatym, ten coraz jest i mądrym, uczonym, a tymczasem mądry, uczony, ale biedny żyje w nędzy, chociażby się społeczeństwu stokroć więcej przysłużył, aniżeli bogacz.

Pomiędzy miasteczkami Wielkopolski bez wątpienia jednem z najstarszych jest Kiszkowo. Położone 4 mile od Gniezna, 2 mile od Pobiedzisk i 2 mile od Kłecka, stoi na miejscu, kędy się dawniej krzyżowały trakty handlowe z Poznania przez Bydgoszcz i od Kalisza do wybrzeża morza Bałtyckiego, i odwrotnie. Z tego powodu miasteczko owo zwało się w połowie XIV wieku Krzyżkowo.

Było ono prywatną własnością królów z rodu Piastów. Kazimierz Wielki pierwszy dopiero zwrócił uwagę na to miasteczko. Nie było ono wtenczas bynajmniej małem, lecz owszem handlowem, miało fabryki sukna, rzemieślników innych znaczną ilość i dobrobyt kwitnął. Ulubił sobie Kazimierz to miejsce dla mnóstwa grubego zwierza i tu też częste odbywał polowania, pozostawiając po sobie pamiątki przez zakładanie wsi. W pobliżu miasteczka napadł samotnie jadącego króla w czasie polowania żubr czyli tur i król z wielkiem niebezpieczeństwem życia ledwie zdołał pokonać rozbestwione zwierzę. Na tem miejscu założył wieś Turostowo. Także Niedźwiady, Sroczyn, Gniewkowo jest jego dziełem.

Król Kazimierz miał na dworze swym ulubieńca, nazwiskiem Kiszka, któremu miasto to podarował, a odtąd już się poczęło nazywać Kiszkowo, i pod tem nazwiskiem istniało aż do roku 1876, w którym gorączkowe przeinaczenie nazwisk miejscowości ogarnęło także miejscowych radnych, którzy wraz z ławnikami, z burmistrzem na czele pomiędzy nimi 2 tylko Polaków, ochrzcili Kiszkowo na najśmieszniejsze: Welnau.

Za czasów Kazimierza rycerstwo polskie miało wielkie prawa i przywileje, podczas gdy miasta i stan kmiecy mało miały swobód.

Król umyślił zrównoważyć potęgę rycerstwa, wiec miastom ponadawano przywileje, podnoszące wysoko ich znaczenie. Następni królowie coraz większe nadawali im przywileje, a tak z czasem miasta stanowiły same są siebie osobne państewka, rządzące się na nieszczęście jeszcze prawem magdeburskim. Kiszkowo pomiędzy innymi przywilejami miało prawo miecza, i przeciw wyrokom rajców miejskich apelacyi nie było, chyba w formie prośby króla.

W czasie kiedy toczy się nasza powieść, miasteczko znacznie podupadło. W roku bowiem 1708 wybuchła straszna cholera i wyludniła całe miasto. Kroniki miejskie twierdzą, że pozostał tylko miejscowy ksiądz i czerech ludzi. Zapewne wszyscy nie pomarli, ale przed cholerą pouchodzili w inne strony, jednakże całe ulice pozostały puste, i trzeba było sprowadzić nowych osadników.

Sypnęli się Brandenburczycy, których osiedlono na gruntach i w domach po wymarłych. Miasteczko się podźwignęło, ale cecha jego polska się powoli poczęła zacierać.

Miasteczko samo położone jest na pagórku i zbudowane w podłużny czworobok. Na rynku wznosił się wielki ratusz z wieża i zegarem, a pod całym rynkiem pełno było sklepów i ganków, gdzie znajdowały się wiezienia dla wielkich zbrodniarzy, pomieszczenia dla tortur i miejsce, gdzie męczono nieszczęśliwych. Teraz już tam ratusza nie ma, a na miejscu stoi szopa do sikawki.

Od ratusza na wschód stał kościół pod wezwaniem św. Jana. Starożytny ten przybytek Pański, całkiem drewniany, o dwóch zrębach z wysoką wieżą, widny z daleka, robi prawdziwe wrażenie świątyni Pańskiej. Był on swego czasu bogatym, ale po upadku miasta i zrabowaniu kościoła przez Szwedów bardzo goło w nim wyglądało. Dopiero w roku 1885 zajęto się restauracyją i upiększaniem świątyni.

Od kościoła drogą spada tuż obok plebanii stromo na dół, i tworzy ową krzyżówkę, od której pochodziła początkowo nazwa miasta. Gdyby się teraz stanęło na rozdrożu twarzą ku wschodowi, to jest ku Gnieznu, znajdowała się po prawej ręce droga kaliska przez Pobiedziska, w tyle poznańska, a w lewo ku Kłecku.

Zwrócimy się w lewo.

Trakty ówczesne nie były to bite drogi podobne do naszych, ale szerokie ścieżki, p po części wycięte po lasach, a do tego kręte, obliczone nie dla dobra ogółu, ale dla wygody kupców, handlarzy – były to więc drogi prywatne. Handlarz ówczesny nie postępował sam, ale z całą karawaną rozmaitych handlarzy. Towary swe nie tylko, że wieźli na miejsce przeznaczenia, lecz jeszcze po miasteczkach robili interesa, bądź to przez zamianę towarów na towary, bądź gotówkę a nawet przyjmowali obstalunki, które swym odbiorcom z dalekich stron sprowadzali.

Od Kiszkowa w lewo nad traktem ciągnęły się lasy. Na prawo tuż pod miastem znajdował się cmentarz, a obok niego drugi kościółek św. Trójcy. Na lewo znowu nieco dalej, stała groźna szubienica, w małem do dziś istniejącem zaklęśnięciu, jako dowód potęgi rady miejskiej i na postrach przestępcom. Dalej na prawo za cmentarzem i kaplicą rozległe łąki kończące się owem wspomnianym trzęsawiskiem. To trzęsawisko było postrachem dla mieszczan, bo niejedno bydle się za daleko zapuściło, i ginęło bezpowrotnie. Człowiek żaden tam nie postawał, bo śmierć zagrażała niechybna, i ów wielki obszar nawodnych kęp, rozpadlin łąk, był jedynie siedzibą wodnego ptactwa, które tu znajdowało bezpieczne schronienie, bo ani nawet lis nie odważył się na widoczne niebezpieczeństwo. Obszar ten zimą przynosił pożytek. Kiedy lody pokryły lodem trzęsawisko, wtedy udawano się po trzcinę i siano, ale i to bardzo ostrożnie, gdyż w najtęższe mrozy znajdowało się mnóstwo widocznych i ukrytych oparzelisk. Na samym środku znajdowała się kępa, wśród której wystrzelała olbrzymia, rosochata wierzba. Jakimś sposobem się tu dostała, tego nikt nie wiedział. Na górce za trzęsawiskiem znajdowała się osada zwana Źdźarowita, a stąd też i trzęsawisko nieraz nazywano po polsku źdźarami.

Trzęsawisko nie miało też dobrej sławy u wszystkich. Nie mówiono tego głośno, ale twierdzono, że tam biesy na owej wierzbie z czarownicami wyprawiają figle. Stad też każdy tamtędy nocą przechodzący żegnał się mimowolnie. A widywano nawet dziwne rzeczy. Tędy i owędy widziano nawet skaczące płomyki, inni twierdzili uparcie, że słyszeli beczenie kozła, a inni nawet słyszeli w powietrzu szum nadciągających potępieńców. Rozsiane po cmentarzu krzyże, nagrobki, szubienica i trzęsawisko zaiste nie mogły na samotnego wędrowca oddziałać inaczej, jak że mu zaraz na myśl przychodziły widma i strachy.

Przez to trzęsawisko, nie dotykające jeziora rzeczka, dziś zwana małą Wełną, naonczas Srulą. Oznacza ona pół okiem miasteczko i płynie dalej ku Skokom i pod Rogoźnem łączy się z wielką Wełną. Rzeczka ta na pozór mała, często występowała z brzegów. Altem tworzyła tu i owdzie małe rowki, na wiosnę prąd silny, a ryk wody rozlegał się daleko. Wypływa ona z jeziora kłeckiego.

Idąc wzdłuż jeziora mającego mniej więcej postać podłużna, przybywającego się do osady rybackiej, z kilku chat trzcinowych złożonej, zwanej Rybienko, dla odróżnienia od Rybna, znajdującego się na lewo nieco dalej nad drugim jeziorem. Poza Rybienkiem na prawo były lasy rzadsze, tam znajdowały się już osady Łagiewniki z kościołem, Gorzuchowo nad jeziorem kłeckiem, dalej wieś rycerska Zakrzewo, Sławno i inne.

Pomiędzy Źdźarowitą a Łagiewnikami było miejsce zupełnie z drzewa ogołocone.

Wrócimy znowu do miasta. Czworoboczny rynek nie był zanadto obszerny, gdyż gmach ratuszowy zajmował wiele miejsca. Naonczas miasto było ludne.. Samych fabryk sukiennych było dość tu, a prócz tego wielkie inne rzemiosła miały swych przedstawicieli. Przywileje miało wielkie, większe od Gniezna i Pobiedziska, bo miało własne sądy, przeciw którym żadna apelacya nie służyła, czego Gniezno i Pobiedziska nie miały. Stąd też magistrat już na zewnątrz szumnym i okazałym ratuszem skazywał na wielkość swej potęgi.

Z rynku wychodziły cztery ulice, równolegle ze sobą. Pierwsze tworzył trakt od Poznania koło karczmy Wygody przez miasto obok kościoła ku Gnieznu, drugie dwie same dla siebie, jedna dotykała traktu kaliskiego, inna gubiła się w zaułkach. Ponad traktem ku Pobiedziskom ciągnęły się zabudowania obywateli, trudniących się głównie uprawą roli, aż do samej rzeki, która była w tem miejscu dawniej szeroka i była urzędowem miejscem do … pławienia czarownic”.

(o-m/n)