Duch kapitana dragonów
Dodane przez admin dnia Marzec 09 2014 10:30:00
Cóż mogą mieć ze sobą wspólnego szwedzcy żołnierze, kapitan polskich dragonów, szybki koń oraz niewidzialna, ogromna ryba? Otóż, okazuje się, że wiele! A było to tak. W czasie potopu szwedzkiego na polach pomiędzy Brzozogajem, Dębnicą, Bielawami, Sulinem i Dziećmiarkami (gmina Kłecko) dwukrotnie rozegrały się bitwy pomiędzy wojskami polskimi a najeźdźcami zza morza.
Treść rozszerzona
Pierwsza z nich – większa - która przeszła do historii jako bitwa pod Brzozogajem lub bitwa pod Kłeckiem, odbyła się 7 maja 1656 roku i zakończyła się – mimo przewagi liczebnej – porażką wojsk polskich dowodzonych przez Stefana Czarnieckiego i Jerzego Lubomirskiego.

Jednym z pułków polskich dowodził młodziutki Jan Sobieski, późniejszy król Polski. To ponoć właśnie jego niecierpliwość oraz niesubordynacja (zaatakował Szwedów zbyt szybko i bez rozkazu) obróciła wniwecz misterny plan Czarnieckiego, polegający na zaatakowaniu Szwedów z dwóch stron jednocześnie, podczas ich przeprawy przez bród na Małej Wełnie, w okolicy Brzozogaju, i była przyczyną porażki.

Druga z bitew, choć z pewnością bardziej pasowałoby tutaj słowo – potyczka, miała miejsce na tych samych polach w sierpniu 1658 roku. Tym razem zwycięstwo było po polskiej stronie.

Podczas tego starcia oddział szwedzki uciekał od strony Owieczek ku Gajkom i skierował się w stronę brodu na Małej Wełnie, tuż obok dzisiejszej plebanii. W ślad za Szwedami podążał oddział polskiej kawalerii pod wodzą kapitana. Oficer ów, mając najlepszego konia, oderwał się od swoich żołnierzy i w pojedynkę niebezpiecznie zbliżył się do uciekających. Ci z kolei, widząc jednego tylko żołnierza, zawrócili, skierowali na niego swój ogień i zabili go. Chwilę później dopadł ich oddział polskich kawalerzystów i dosłownie rozsiekał. Polegli wszyscy uciekający Szwedzi.

Polacy pochowali nieszczęsnego kapitana po lewej stronie brodu, na skraju znajdującego się tam teraz ogrodu.

Wkrótce w miejscu tym zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Jeszcze stosunkowo niedawno, bo w latach siedemdziesiątych minionego wieku, starsi mieszkańcy Dębnicy opowiadali, że o godzinie 12.00 w południe lub o 10.00 wieczorem można było w tym miejscu usłyszeć plusk ogromnej ryby, której widać jednak nie było. Był to właśnie duch poległego i pochowanego tutaj kapitana. Zdarzało się, że dzieci wysyłane wieczorami do nieistniejącego już od dawna gościńca Galantowicza (budynek jeszcze stoi) po sprawunki, przebiegały przez most ze strachem, żegnając się.

Jeżeli dzisiaj pod mostem tym nie słychać plusku ryby – nie mogącej zaznać spokoju duszy polskiego kapitana, to chyba tylko dlatego, że wystraszyły ją leżące w tym (i niestety nie tylko w tym!) miejscu śmieci i plastykowe butelki.

Zbyszek Beling