Miejsce przeklęte! Piorun zabił tam cztery osoby!
Dodane przez admin dnia Listopad 22 2011 11:00:00
„Wygon” – tak to miejsce nazywają okoliczności mieszkańcy, „dołek Kiełpińskiego” - tak z kolei mówią o nim myśliwi. O czym mowa? O pewnej dolince z porozrzucanymi w nieładzie różnej wielkości głazami i malowniczym stawku będącym niejako zwieńczeniem krainy znajdującej się ok. 2 km na północny-zachód od Zakrzewa. Malownicze krajobrazy, oaza spokoju. Można by rzec „raj na ziemi”. Gdyby nie pewna historia która rozegrała się tam w lipcu 1956 roku...
Treść rozszerzona
Zespół dziennikarzy Piastowskiej Korony to osoby, które są zafascynowane historią, turystyka, przyrodą. I jednym z celów naszej działalności jest pokazywanie Czytelnikom miejsce pięknych, tajemniczych, ale zupełnie nieznanych. W tym celu w naszym portalu jest zakładka „Kroniki lądowe” gdzie będziemy opisywać nasze weekendowe wyprawy w takie właśnie okolice. Okolice urokliwe, mające swoją historię, ale mało lub zupełnie nieznane.

Kierunek: Zakrzewo
Pierwsza taka nasza redakcyjna wyprawa została zorganizowana na początku października. Jako cel wybraliśmy sobie okolice Zakrzewa w gminie Kłecko. Jedziemy tam w trzyosobowym składzie. Panowie: Paweł (uzbrojony w sprzęt fotograficzny), Marek (zawsze z kamerą), autor niniejszego tekstu oraz na miejscu dociera do nas Bartek, nasz współpracownik z Kiszkowa.

O miejscu, które zamierzaliśmy zobaczyć dowiedziałem się podczas jednego z pobytów w Urzędzie Gminy w Kiszkowie. Wówczas to sekretarz gminy Radosław Występski opowiedział mi o miejscu nazywanym przez okolicznych mieszkańców „Wygon”. Z kolei współpracujący z naszą redakcją leśnik Bartosz Krąkowski dodaje, że myśliwi mówią na nie „dołek Kiełpińskiego”.

Dojeżdżamy do Zakrzewa. Miejscowość ta wzmiankowana była już w 1389 roku, a w 1566 pojawiła się w dokumentach jako własność Mielżyńskich. Jednak postacią najbardziej znaną w historii tej wsi jest hr. Albin Węsierski (zasłynął m.in. wykupieniem od władz pruskich w 1856 r. Ostrowa Lednickiego). Jego dziełem jest także piękny pałac i park w Zakrzewie uznawany za najładniejszy w tej części Wielkopolski. Ale o historii pałacu opowiemy innym razem.

Przejeżdżając przez Zakrzewo docieramy do wylotu drogi w kierunku Sławna. Tutaj za ogrodzeniem stoi piękna figura św. Józefa pochodząca prawdopodobnie z 1886 roku. Mijamy figurę i skręcamy w prawo, kierując się w przepiękny ponad 100 metrowy wąwóz. Tam, dzięki życzliwości jednego z gospodarzy, zostawiamy samochody i pieszo idziemy w kierunku miejsca będącego celem naszej wyprawy.

Przepiękna okolica z tragedią w tle
„Dołek Kiełpińskiego” jest oddalony od Zakrzewa o około 2 km. Ale pokonując ten odcinek, wśród pól, łąk, lasów, aż nie chce się wierzyć, że mamy w naszej okolicy tak piękne krajobrazy. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że co kilka minut prawie że, spod naszych nóg wyskakują sarny... Widoki, które nas otaczają, aż trudno opisać, to trzeba zobaczyć.

Nasza wędrówka do celu podróży, to oczywiście dziesiątki zdjęć okolicy i powstający film, który już w grudniu na zamkniętym pokazie będą mogli zobaczyć sympatycy i współpracownicy Piastowskiej Korony.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do „dołka Kiełpińskiego”. I miejsce to nas oczarowało. Dookoła cisza, jak makiem zasiał, tylko my i... przepiękna przyroda. Na niewielkim obszarze kilkadziesiąt różnej wielkości kamieni, a całość zamyka staw, w lustrze którego odbija się znajdujący się po sąsiedzku las. Można rzec „raj na ziemi”. Ale ten spokój burzy informacja, którą przekazał nam Bartek. Z jego wiedzy wynikało, że w tym miejscu przed wieloma laty miało dojść do tragedii – w stojących tutaj zabudowaniach (po których dzisiaj nie ma śladu) piorun zabił kilka osób! Ale o tym za chwilę. Porażeni taką wiadomością, zupełnie inaczej patrzymy teraz na ten „raj” i zastanawiamy się, dlaczego – jeśli ta informacja jest prawdą – w żaden sposób nie upamiętniono tej tragedii... Tego przeklętego miejsca...

Wędrując dalej natknęliśmy na trzy przepiękne zagajniki wśród których skrywały się tajemnicze oczka wodne. A na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo, bo okazało się, że prawie cały teren jest bardzo podmokły i bagnisty. Nie przeszkadzało to jednak w zrobieniu zdjęć i odkrywaniu co chwilę, nowych ciekawostek tego terenu. Kilkadziesiąt metrów dalej krajobraz zmienił się zupełnie i zastaliśmy prawie że sawannę... Duże połacie ziemi porośniętej suchą trawą...

Po kilku godzinach wędrówki, idąc wzdłuż lasu wychodzimy w miejscu... z którego zaczynaliśmy naszą wyprawę! Okazało się, że zrobiliśmy kilkukilometrowy łuk i wyszliśmy przy pałacu w Zakrzewie. O tej wyprawie można by jeszcze napisać wiele, ale teraz czas przedstawić historię tragedii, która rozegrała się w „dołku Kiełpińskiego”.

Wizyta w Czerniejewie
Po powrocie z Zakrzewa za punkt honoru wzięliśmy sobie dotarcie do ludzi, którzy będą mieli wiedzę na temat owej tragedii, która przed laty miała się rozegrać z okolicach Zakrzewa. I ku naszej radości, ustaliliśmy to szybciej, niż przypuszczaliśmy. Szczęście nam sprzyja.

Kilka dni po wyprawie do Zakrzewa, pojechałem do Czerniejewa na spotkanie z naszym redakcyjnym kolegą, Szczepanem Kropaczewskim. Podczas rozmowy przy kawie i smacznym cieście (upieczonym przez pana Szczepana) wspomniałem o miejscu w okolicy Zakrzewa, które jawiło się nam jako przedsionek raju. Pięknie tam jest dzisiaj i cicho, a miejscowe sarny to jakby domowe koty, omal by się o nogi chciały ocierać… I gdy wspomniałem, że ludzie określają to miejsce jako „dołek Kiełpińskiego”, ale więcej na ten temat nie wiedzą, panu Szczepanowi aż oczy zabłysły! - Znam historię tej tragedii! A ci ludzie nazywali się Kiełpińscy! - rzekł.
Oto jego opowieść!

Był rok 1956...
Miałem wtedy osiem lat i pamiętam, że również w Czerniejewie była burza, zresztą, burze były wtedy często, a pioruny biły jak jasna cholera. Telefony komórkowe w tamtym czasie nawet się nikomu nie śniły, a te na korbkę, były rzadkością i czasem nawet działały. Pamiętam, że tą właśnie drogą otrzymaliśmy wiadomość, że w Zakrzewie wydarzyła się tragedia, piorun zabił wuja Franka i jego ojca. Było to 3 lipca 1956 roku… Potem byłem z rodzicami na pogrzebie, z którego nie pamiętam nic, ale pamiętam pałac w Zakrzewie i oficynę przy nim, gdzie mieszkała ciocia, żona tragicznie zmarłego męża i pamiętam trójkątne liście miłorzębu który rósł tam po sąsiedzku, tudzież jakiś stawek tuż obok budynku, etc…

Prawda związana z tym tragicznym wydarzeniem była jednak jeszcze straszniejsza. W budynku który w szczerym polu, ręcznie i bez prądu budowali moi krewniacy, zginęło w sumie i za jednym zamachem, aż czworo ludzi, a dwoje obecnych tam dzieci, cudem przeżyło. Jeden z moich kuzynów miał wtedy 2 i pół roku i nie doznał żadnego szwanku, ale jego starszy brat, również został porażony i jakkolwiek to makabrycznie zabrzmi, to jego zabity ojciec posłużył za przewodnik prądu, który i jego o mało nie pozbawił życia.

Dzisiaj, z racji mojego zawodu, potrafię sobie logicznie wytłumaczyć wszystko co tam się wtedy zdarzyło. Burza jest oczywiście zjawiskiem naturalnym i opisywać jej nie ma potrzeby. Była więc burza i biły pioruny. Samotny dom na równinie był atrakcyjnym celem dla jednego z nich, a pech polegał na tym, że był to widocznie ładunek iście piekielny. W domu który był w fazie tynkowania, przebywało dwoje dorosłych i dwoje dzieci, ich matka pracowała gdzieś opodal na polu pielęgnując buraki cukrowe. W tym samym czasie, z nieodległej stacji kolejowej Olekszyn (w Łagiewnikach Kościelnych) wracało do Zakrzewa dwoje ludzi, dorosła kobieta i nastoletni chłopiec, a chcąc uniknąć skutków ulewy, schowali się oni w chałupie, która miała nowy i szczelny dach. Niestety, dla pioruna dach taki czy siaki nie stanowił żadnej przeszkody, bo napięcie takiego ładunku wynosi i sto milionów woltów…

Czas lawinowego wyładowania atmosferycznego jest bardzo krótki, ale to też jest czas. Zabójczy potencjał pioruna bez trudu pokonał więc dach i strych, a następnie przeniósł się na podbity drutem strop, pokryty od spodu trzciną, bo taka była wtedy technologia, a „latając” po suficie, szukał najłatwiejszej drogi do pokonania ostatniej przeszkody, czyli warstwy powietrza oddzielającej go od ziemi. Każdy kto był wysoki - był skazany. Śmierć przyszła jak złodziej i zabrała cztery ludzkie istnienia, piąte, poważnie skrzywdziła. Bez szwanku ostało się tylko najmniejsze dziecko, które - pewnie w szoku, wdrapało się po drabinie na strych, skąd nadleciała śmierć. Jego matka, widząc nadchodzącą burzę, zaniepokojona o los dzieci, przybiegła tam chwilę po tragedii, a zbliżając się do swojego domu o którym marzyła, widziała sprawcę tego, co za chwile zobaczyła wewnątrz. Gdyby zdążyła wcześniej, wtedy z pewnością podzieliła by los tych, którzy teraz leżeli cichutko na ziemi.
Snucie makabrycznych wizji nie jest rzeczą najprzyjemniejszą, ale mogę sobie tylko wyobrażać, że wtedy z pewnością tuliłaby swoje najmłodsze dziecko…

Miejsca na mapie są wieczne, ale ludzie nie…
Wędrując lasem czy polną ścieżyną, można się czasem natknąć na rzecz, która swym dysonansem przykuwa naszą uwagę. Oczywiście w terenie zalesionym, trzeba wręcz na takie miejsce wleźć, bo zielona dżungla wszystko szybko ukrywa w swoich trzewiach, nie dając szansy swobodnemu oku, ale inaczej wygląda to w szerokim polu. Jakże często wtedy oko wędrowca czy turysty przykuwa czarna kępa zarośli, gdzieś pośród szeroko rozlanych łanów, niby samotny żagiel na oceanie falujących zbóż. Jakże często miejsce takie jest wyraźnie wyniesione ponad otaczający je teren, a kiedy zaciekawiony wędrowiec zbliży się do niego to bez trudu odkryje, że stała tu kiedyś chałupa…

Mieszkali tutaj ludzie i zwierzęta. Kochali się i wadzili, żyli i umierali gdy przyszła na nich kolej, ale, bywało też zupełnie inaczej… Zupełnie inaczej, a czasem kończyło się to bardzo smutno i tragicznie, zanim się jeszcze zaczęło. Kogo wszak zapytasz o los tej czy owej ruiny, po której tylko zarośnięta bzem sterta gruzu pozostała? Bywa, że nikt tego już nie wie, bo miejsca na mapie są wieczne, ale ludzie nie…

Karol Soberski
Szczepan Kropaczewski

Szanowni Czytelnicy!
Jeśli znacie podobne losy ludzi z naszego regionu, znacie miejsce mające niewyjaśnioną do końca historię, podzielcie się tą wiedzą z naszą redakcją i z innymi Czytelnikami! Nie pozwólmy, by historia naszego regionu zanikała! Prosimy o informacje na skrzynkę mailową: kontakt@piastowskakorona.pl