Górne Łużyce – historie znane i nieznane: Opowieść pewnego pana…
Dodane przez admin dnia Październik 29 2016 12:00:00
Mija już siedemdziesiąty pierwszy rok, od kiedy umilkły działa drugiej wojny światowej na froncie europejskim. Demony wojny poszły spać. Czy na długo? Tego nie wie nikt. Zniszczenia materialne, spowodowane najokrutniejszym konfliktem w historii ludzkości, już dawno albo zostały naprawione, albo wybudowano na miejscu zniszczeń nowe budynki. Ludzie rozpoczynali nowe życie.
Treść rozszerzona
Choć rodzą się kolejne pokolenia, które wojnę znają tylko z opowiadań, to wśród wielu, bardzo wielu, tamte dni trwają do dziś. One nie tylko trwają, ale też zajmują znaczną część ich świadomości, a ta przeradza się, w co i rusz poruszane tematy tamtych dni- dni wojennej zawieruchy.

Ja jednak w tym artykule odniosę się do czasu zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. Do lat 1946-1947. Czas to również wielce ciekawy, bo ukazywał sprawy- tematy, które, przyjeżdżającym na ziemie zachodnim przesiedleńcom, nie były w ogóle znane i były dla nich czymś zgoła jak z opowieści fantastycznej przyprawionej wątkiem sensacyjnym no i rzecz jasna tajemniczym.

Po zakończeniu wojny na ziemie zachodnie przyjeżdża wraz ze swoją rodziną pan Bolesław Trefler, urodzony w Kopaniu, gmina Świrz, powiat Przemyślany. Ma wtedy 15 lat. I już wtedy był on bardzo ciężko doświadczony przez dwóch okupantów, jakich dane mu było przeżyć. Najpierw, 17 września 1939 roku, dostaje się pod okupacje radziecką, a od 1941 roku pod okupację niemiecką! Za okupacji radzieckiej zaczyna się bardzo mocne wynaradawianie, likwidacja polskiego języka oraz wywózka na Syberię w lutym 1940 roku. Mróz wtedy przekraczał – 40 0 C. Władza radziecka w pierwszej kolejności wzięła się za eliminowanie z życia publicznego elit intelektualnych, a więc nauczyciele, urzędnicy, policjanci. Każdy z nich był zagrożeniem dla planu Stalina. A plan był z piekła rodem, podszyty oczywiście dobrem klasy robotniczej i rozprawianiem się z „obszarnikami” i „wyzyskiwaczami” chłopów (te hasła zawsze były nośne, nawet teraz). Pan Bolesław przeżywa również inną tragedię związaną z wojną. Tą tragedią jest ukraińska akcja mordów przeprowadzana na ludności polskiej tamtych okolic. Mordy ludności, mordy księży katolickich. Rejony Kopania i Świrza spłynęły krwią niewinnych ludzi, których mordowano za narodowość polską! Powstają organizacje mające chronić ludność polską przed Ukraińcami. W tamtym regionie działa też słynny ppłk. Anatol Sawicki i kpt. Dragan Mihajlo Sotirović. Obie postacie bardzo znane w Lubaniu i Leśnej, gdzie przyszło im walczyć z nową władzą. Choć nie była to walka z bronią w ręku, to jednak była to walka o wolność Polski w nowym ładzie politycznym. Obaj tą walkę przegrywają. Jeden z nich, ppłk. Sawicki, płaci największą cenę za chęć życia w wolnym państwie, a Draża, aby przeżyć, ucieka z Polski (Leśnej) do Francji. Nie jest jednak w pełni udokumentowany jego pobyt w tym mieści i fakt bycia tam pierwszym burmistrzem miasta Leśna. W oddziałach mających chronić polską ludność jest też Cioń. On to odegra jeszcze jedną rolę w opowiadaniu pana Bolesława. To powiadanie będzie dotyczyć już ziem zachodnich, a konkretnie rejonu Leśnej i zamku Czocha...

Długa jazda pociągiem w wagonach towarowych dłużyła się. Dokąd wiozą tych ludzi, którzy na wojnie potracili nie tylko swoje majątki, ale także swych bliskich? Wielu z nich nawet nie miało możliwości dowiedzieć się, co stało się z ojcami, mężami, synami... Długie postoje na różnych stacjach, a czasami i w szczerym polu nie nastrajają optymistycznie. Co dalej, dokąd nas wiozą, co z nami będzie? Same pytania, do końca podróży pozostające bez odpowiedzi. Już za chwilę mieli się zderzyć z nową rzeczywistością- rzeczywistością daną im przez polityków mało interesujących się ich tułaczym losem.

W transportach kolejowych jechali też, a w zasadzie uciekali z łap NKWD, żołnierze AK. Jeszcze łudzący się, że wnet upomną się o nich państwa zachodnie, że wnet przyjedzie na białym koniu do Polski generał Anders, że wnet wybuchnie III wojna światowa, która zmieni sytuację polityczną w Europie. Z takim zapewne nastawieniem do nowej rzeczywistości jechał jednym z wielu transportów Józef Chmiel ps. Lis- żołnierz AK, który swego życia nie szczędził dla ojczyzny, któremu nie było dane zaznać spokoju w nowym ładzie politycznym.

Na stacji Glinna Nawarja czekają na transport od końca września 1945 i dopiero w listopadzie 1945 roku wyruszają na... dziki zachód. Choć jeszcze tego terminu nie znają, choć jeszcze nie wiedzą, że to będzie cel ich podróży.

Józef Chmiel wyjeżdża wcześniej. Ich losy spotykają się w Ziethen-Hennersdorf, Henrykowie, wiosce leżącej niedaleko Lauban-Lubania. Ale jeszcze wcześniej pan Bolesław trafia wraz z rodziną do Oertmannsdorfu-Brzeżan, dzisiejszej Szyszkowej, gmina Leśna. Tam też rozpoczyna naukę w miejscowości Marklissa-Leśna. Po zakończonej nauce idzie do pracy w Dolwisie, byłej Concordii, która podczas wojny prowadziła produkcję zbrojeniową na potrzeby wojny...

Wróćmy jednak do czasów szkolnych. W trakcie nauki w szkole powszechnej nauczyciele często zabierali uczniów na różnego rodzaju wycieczki. Najczęstszymi kierunkiem, w jakim uczniowie chodzili na pieszo, rzecz jasna, był kierunek zamku Czocha. Był to rok 1946/1947. W trakcie drogi do zamku po drodze w przydrożnych rowach zbierali... zbroje zamkowe. Kierownikiem, który prowadził te wycieczki był pan Jezierski, może Słowiński, pan Bolesław teraz nie jest pewny nazwiska kierownika szkoły w Leśnej. Kazał on zbierać, jak mówił, skarby, drogocenne rzeczy z zamku Czocha, a zbierano je właśnie w przydrożnych rowach i nie tylko... „O, o zabierzcie to na zamek, bo to cenne rzecz”.

Na zamku w tamtym czasie odbywały się też różne zabawy, dożynki. Jedni się bawili, a jedni… brali, co im się przydało (stąd też zapewne tzw. zbiory wielu kolekcjonerów). Na zamku zwiedzaliśmy wiele pomieszczeń, widziałem wiele cennych rzeczy, obrazy, broń, meble, książki… Wszystko było w wielkim nieładzie. Każdy brał z zamku, co chciał, a myśmy rzeczy, które wydały się szabrownikom nie potrzebne i były przez nich wyrzucane, po drodze zbierali idąc na zamek. Czy na zamku były podziemia, czy schodziło się poniżej linii, którą dzisiaj się zwiedza w obiekcie? „(...) nie wiem czy były dolne kondygnacje zamku, bo nauczyciel nie wchodził tam, dlatego, że z nami na te wycieczki chodziły małe dzieci i zapewne bał się o ich zdrowie, aby nic się im nie stało (...)”. Z tej wypowiedzi wynika, że jednak coś musiało być na zamku w dolnych jego kondygnacjach, jeśli kierownik nie chciał tam prowadzać uczniów w obawie o ich zdrowie.

Po podaniu tych jakże ciekawych faktów z pierwszych lat pokoju pan Bolesław wrócił do tematu nieżyjącego już kolegi o nazwisku Cioń. Dlaczego o nim ponownie wspomniał? Jest rok 1945. Do pobliskiego Lubania na rowerze w zwiadzie WP przyjeżdża Cioń. Jest zwiadowcą. Pod koniec roku bierze on udział w bardzo ciekawej akcji, która miała miejsce (według słów Cionia i opowiadającego pana Bolesława) na zaporze leśniańskiej. Wojsko Polskie dowiedziało się swoimi kanałami, że bandy niemieckie mają wysadzić zaminowaną tamę leśniańską. Czy faktycznie ona była zaminowana? Zapewne coś musiało być w temacie, bo wojsko postanowiło aresztować wszystkich męskich mieszkańców Leśnej i okolic tamy. Dlaczego to zrobili? Ano dlatego, żeby nikt nie wysadził zapory. „(...W jednej nocy zabraliśmy wszystkich mężczyzn, myśmy się dowiedzieli, że mają wysadzać...(...)”. Według słów pana Bolesława miał on (Cioń) brać także udział w rozminowaniu tej zapory.

Kolejna opowieść z tajemnicach zamku Czocha dotyczy wracającej jak bumerang sprawy szklanej podłogi w podziemiach zamkowych... „(...) raz mi tam mówił jeden wartownik, co pilnował zamku, że raz gdzieś tam był w tych podziemiach, nie, i w tych podziemiach było coś takiego jakby była jakaś podłoga ze szkła (...)”. Jak ten wartownik się nazywa? Niestety pan Bolesław tego już nie pamięta. Pamięta natomiast, że tą opowieść słyszał w roku 1946 wtedy jak chodził na zamek ze swoim nauczycielem- kierownikiem szkoły. Dalej tym tematem nie interesowałem się mówi pan Bolesław, bo i to nie było na to czasu, a i sam temat wtedy za bardzo mnie nie zajmował. Wiadomo nauka, a potem praca, a w końcu zamek został zamknięty dla ludzi z zewnątrz, tak więc i trudno by było móc potwierdzić, albo zaprzeczyć tej opowieści zasłyszanej w 1946 roku. Opowieść o szklanej podłodze od wartownika usłyszał młody Bolesław, jak uzupełnia, na jakimś ze spotkań, w których uczestniczył wartownik zamku Czocha.

W tej powieści można by zapewne dostrzec jakiś element czy to wybujałej wyobraźni, czy to wpływu przeczytanych książek, czy to innego irracjonalnego czynnika, który zakodował się w opowieści pana Bolesława. Można by, gdyby nie... gdyby nie to, że ta opowieść przez ostatnie kilka tygodni powróciła kilkakrotnie z kilku różnych, niezależnych od siebie źródeł. Z tych to właśnie niezależnych od siebie źródeł osoby opowiadające o szklanej podłodze przywodziły wspomnienia szklanej podłogi na zamku Czocha.

Czy w związku z tym można przyjąć, że wszystkie te osoby chciały opowiedzieć ten właśnie konkretny element z historii-legendy zamkowej, aby... no właśnie, aby co? Aby mieć swoje nie pięć, a kilka minut w rozmowie w zasadzie z kimś obcym, którem przekazały tę opowieść? Co nimi kierowało? Same pytania. A może właśnie kierowała nimi prawda o zamku Czocha, którą postanowili się podzielić z osobą interesującą się tym obiektem. Może?

A co stało się z jeszcze jednym bohaterem opowieści pana Bolesława Treflera? Co stało się z panem Józefem Chmielem ps. „Lis”? Zamieszkał on po przyjeździe do Henrykowa w jednym z wolnych domów i został sołtysem. Niedane mu było jednak pracować i żyć w spokoju. Chmiela aresztowało UB w 1948 roku. „Przyszedłem ze szkoły i matka powiedziała mi, że aresztowano Józka”! Najprawdopodobniej został aresztowany z jakiegoś donosu. Kto na niego doniósł tego nie wiem. W UB lubańskim siedział tylko jedną noc. Żona Chmiela została na gospodarce sama z trójką dzieci. Nie wiedziała, co się dzieje z mężem, próbowała znaleźć jakieś dojście do ludzi, którzy mogliby jej pomóc. Jednak nic z tego nie wychodziło. Każdy brał pieniądze, ale nikt nie pomagał! Po aresztowaniu długo się nie przyznawał do zarzutów mu stawianych, a zarzuty wtedy były w większości takie same i związane były z nowym bytem, który jak ognia bał się byłych żołnierzy AK, którzy to mogliby obalić nowo rodzące się państwo. Jednak w pewnym momencie pod wpływem sugestii „albo się przyznasz, albo...” przyznał się do sfabrykowanych zarzutów i wskazał miejsce schowania w Henrykowie swojego pistoletu VIS. Ukrywał go w stodole swojej posesji. Przed tym wydarzeniem UB wręcz bombardowało żonę pana Chmiela pismami - pozwoleniami rozwodu z Józefem Chmielem. Miało to zapewne na celu całkowite zniszczenie życia „Lisa”. „Wy żeście mi ślubu nie dawali i rozwodu ja nie potrzebuję”! Taka miała być odpowiedź żony pana Chmiela. Pan Chmiel za swoje „czyny” dostał 10 lat, potem zamieniono mu 10 lat na cztery lata. Cały wyrok przesiedział w Strzelcach Opolskich. Wiele razy pan Chmiel opowiadał, choć z oporami, swojej rodzinie, jakie tortury musiał przechodzić w celach- katowniach UB! Potem zaczęły się też nachodzenia nas przez UB w związku z naszym niemiecko brzmiącym nazwiskiem, „że jesteśmy volksdeutsche, co tu robimy, dlaczego nie wyjeżdżamy do Niemiec?”

Po powrocie z więzienia nie mieszkał już w Henrykowie, bo żona wyprowadziła się z Henrykowa, ponieważ nie mogła sobie poradzić na gospodarce samotnie z trójką dzieci. Zamieszkali w Lubaniu. Rozpoczął pracę na kolei. Jednak spokoju mu nie dali. Ciągle go nachodzili i utrudniali mu życie.

Żona Józefa Chmiela w desperacji pewnego dnia powiedział do nachodzącego go Ubeka, „jeśli go nie przestaniecie nachodzić, to ja popełnię samobójstwo...”

Miało to poskutkować tym, że przynajmniej nachodzenie Chmiela miało się zakończyć w jego domu. Czy zakończyło się w ogóle? Zapewne nie. Zapewne do śmierci pan Józef miał swoją teczkę już w SB na ulicy Dąbrowskiego w Lubaniu.

Ot i kończy się powieść pewnego Pana. Opowieść z dni, kiedy ziemie zachodnie były dzikim zachodem, kiedy życie ludzie miało niejednokrotnie mniejszą wartość niż szabrowane mienie, kiedy to władza ludowa rozpoczęła budowanie nowego społeczeństwa- społeczeństwa „równości klasowej”, które miało być tylko i wyłącznie tłem dla „władzy ludowej”!

Czy ta opowieść, choć trochę przybliżyła nas do rozwiązania wielu zagadek tamtych dni? Jeśli nawet nie przybliżyła, to zapewne odsłoniła, choć na chwilę tamte trudne dni.

Piotr Kucznir

Zdjęcia:
- https://www.google.pl/search?q=dragan+sotirovi%C4%87&biw=1093&bih=510&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwjctJuXtvHPAhWIEiwKHeDXApwQ_AUIBigB#imgrc=v3IbrOUNp_rnKM%3A
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Szyszkowa#/media/File:Pa%C5%82ac_od_strony_zespo%C5%82u_pa%C5%82acowego.JPG
- https://www.google.pl/search?q=henryk%C3%B3w+luba%C5%84ski&biw=1093&bih=510&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwjCkqT4t_HPAhXDjSwKHdCrDewQ_AUIBygC#imgrc=bpcUOXEwa5FhDM%3A
- https://www.google.pl/maps/@49.6720036,24.4079508,11z
- Zbiory własne