Górne Łużyce – historie znane i nieznane: Czas szabrowników, czas spustoszenia
Dodane przez admin dnia Październik 01 2016 09:00:00
Kiedy jeszcze nie milkną działa, kiedy jeszcze tu i tam padają strzały w dogorywającej drugiej wojnie światowej, to już rozpoczyna się kolejna w dziejach Europy wędrówka ludów. Kłębią się oni na drogach, na dworcach kolejowych. Dokąd jadą, czego szukają? Tego nie zawsze wiedzieli ci, którzy podążali różnymi traktami. Ot dom spalony, człek wyrzucony ze swojej ojcowizny szuka nowego miejsca na ziemi- ziemi często nieznanej, obcej, wrogiej...
Treść rozszerzona
W tym potoku ludzi przemieszczają się też wiedzący dokąd i po co jadą. Ci anonimowi tzw. osadnicy, niejednokrotnie jako pierwsi, wchodzą do dymiących jeszcze miast, domów, obiektów zabytkowych. Nie są to jednak przedstawiciele nowego życia, nie są też to przedstawiciele władz mający na celu zabezpieczenie dobytku pozostawionego bez opieki.

Choć ci anonimowi ludzie znikąd bardzo często starają się ubrać w szaty władz. Często mienią się pełnomocnikami, delegatami, osadnikami…to jednak nimi nie są! Są tymi, którzy na wojnie i na jej skutkach postanawiają się dorobić. Robią to w myśli hasła „Muszę się odkuć za lata wojny”. Te hasła przybierają też inne konstrukcje w zależności od sytuacji i okoliczności, w jakich anonimowi je wypowiadają. Ludzie anonimowi bardzo starają się o to, aby anonimowymi pozostać do końca.

Nie zawsze im się to udaje, bo i władza ludowa nie do końca chce się dzielić niezmierzonymi dobrami ziem odzyskanych. Przecież to ona ma dysponować skarbami ziem zachodnich. A kto chce złamać monopol władzy, temu ta władza ręce odrąbie za pomocą prawa. I wtedy, kiedy anonimowy zostaje przyłapany na gorącym uczynku, wnet ginie jego anonimowość i na jawa w gazetach wychodzą dane tych pierwszych z pierwszych na ziemiach zachodnich, co to po „swoje skarby” przybyli!

A o kim to tak rozpisuję się? O kim tak się rozwodzę? Ano o szabrownikach tamtego czasu, którzy jak pałeczkę w biegu sztafetowym swe skłonności przekazali nowym anonimowym, którzy i dziś starają się ciągnąć z niezmierzonego skarbca ziem zachodnich. Jednak ja pozwolę sobie skupić się w tym artykule na szabrownikach czasu powojennego, czasu wędrówki ludów.

Czas band szabrowników i rabusiów został pokazany w powieści pt. „Toast” Józefa Hena , która została okrzyknięta ,,polskim westernem” . Powieść ta została później, w 1964 roku, sfilmowana przez Jerzego Hoffmana. Film pt. „Prawo i pięść” w sposób bardzo sensacyjny pokazał to, co dotknęło ziemie zachodnie w latach powojennych. Zapewne dziś wielu odbiera i książkę i film jako taki właśnie swoisty polski „western”, jednak pamiętający tamte dni wiedzą, że tak naprawdę było, że naprawdę można było zginąć wchodząc w paradę szabrownikom. Co mogliśmy również widzieć w kolejnym dziele - filmie mówiącym o ciężkich czasach zaraz po zakończeniu wojny. Tym dziełem, które powstało prawie 20 lat (1980 rok) po „Prawie i pięści” był film pt. „Gazda z Diabelnej”, również oparty na powieści, w reżyserii Grzegorza Warchoła. I tam reżyser pokazał czas szabrowników, tych anonimowych „zasiedleńców” ziem odzyskanych!

Pisano powieści, kręcono filmy, ale także rozpisywała się o tym, jakże negatywnym, zjawisku prasa codzienne w latach 1945 i późniejszych. Szukała sposobu, apelowała, straszyła, prosiła... Jak dziś wiemy bez większego skutku. Co można było ukraść, spieniężyć, zamienić, to zostało wyszabrowane.

Rzeczą najgorszą, towarzyszącą temu zjawisku, było to, że do tego dzieła zniszczenia dołączała się, często w białych rękawiczkach, a często nie, także władza lokalna, która przychodzi na ,,dziki zachód”. Jej działania przybierają często oficjalne ramy. Mówi się o odbudowie stolicy, mówi się o pustych muzeach. To wszystko ma usprawiedliwić masowy wywóz dóbr kultury, dóbr przemysłowych, infrastruktury. Nikt nie myśli o tym, że przez to ogołacane są miasta, fabryki, obiekty zabytkowy ziem zachodnich. Dlaczego? Ano, dlatego, że może nikt nie wierzy, że te ziemie będą polskie. Może dlatego, że ciągle czeka się na wybuch trzeciej wojny światowej, która lada dzień ma wybuchnąć i znowu przesuną się granice i znowu trzeba będzie uciekać. Więc, po co dbać o mienie nie nasze, o mienie niemieckie- hitlerowskie! Po co?!

Prasa jaka powstaje na Dolnym Śląsku już na początku 1946 roku (choć zapewne ten temat mógł być poruszany wcześniej) rozpisuje się o tym zjawisku.

W gazecie „Na Straży” z 01.01.1946 roku, w numerze nr 1, opisuje ona szaber w fabryce cygar w Szymbarku (dzisiejszy Sulików). Tytuł artykułu „Szabrują fabrykę cygar w Szymbarku?” Autor artykułu pozwala sobie nawet nazwać „pionierów” osadnictwa szabrownikami Dolnego Śląska. Oj bardzo musieli oni zaleźć za skórę mieszkańcom regionu. Szabrownictwem na masową skalę parał się w Szymbarku zarząd fabryki. I, jak pisze autor artykułu, postanowił on rozmontować maszyny fabryczne i wywieźć je. Gdzie? Na zachód, czyli tam gdzie dało się na tym dobrze zarobić!

Gorący temat szabru nie znika z łam prasy powojennej tego regionu (Górne Łużyce). Już 08.01.1946 roku, w numerze nr 3, wchodzi on ponownie na szpalty gazet i to na dodatek na pierwszą stronę. „Połóżmy kres paskarstwu! Przestańmy być „Dzikim Zachodem”. Usuńmy raz na zawsze wyzysk oraz wszelkie zbrodnicze elementy”. Tak rozbudowany tytuł pokazuje bardzo duże emocje, jakie targają autorem artykułu (Korcz). Czy słusznie? Z tekstu widać, że tak. Handlarze, nieuczciwie zawyżający ceny, szabrownicy, hieny, „Dziki zachód” to słowa, które towarzyszą opisowi sytuacji, jaka panuje w regionie Lubania, gdzie dochodzi do łamania prawa i szabru na wielką skale. Autor artykułu próbuje grać na uczuciach czytających, aby zatrzymać falę nieuczciwości. Czy jednak to mu się udało? Śmiem wątpić. Siła pieniądza, siła pieniądza zarobionego w sposób przestępczy, ma zawsze wielką moc przyciągania do siebie różnych indywiduów.

W numerze 8 z dnia 24 stycznia 1946 gazeta „Na Straży” głosem radosnym ogłasza, że ,,Szaber się skończył! ”. Oj, jakże naiwny był autor tego tekstu. Jakże naiwny. Ale do rzeczy. W powyższym artykule autor nieznany opisuje jak to „(…) Rzesze szabrowników przedstawiających się jako „delegaci” lub „pełnomocnicy” masowo najeżdżają Ziemie Odzyskane. Rabują, co im do ręki wpadnie. Poczynając od mebli, maszyn, ubrań - kończą na drzwiczkach od pieców i płytkach kuchennych. „Te działania doprowadziły władze lokalne do wydania odpowiednich zarządzeń w temacie wywozu mienia pozyskanego na ziemiach zachodnich. I nie tylko władze lokalne postanowiły się wziąć za ten proceder. Również władze warszawskie wydają zarządzenie z dnia 22.11.1945 roku, którego intencją jest „wstrzymanie jakiegokolwiek wywozu ruchomości z Ziem Odzyskanych”. Władza jednak, jak można wyczytać w tekście artykułu, zostawia sobie jednak otwartą furtkę do pewnych działań związanych z mieniem ruchomym powyższego regionu. No, ale to władza. Przecież może ona wszystko... Wracając do artykułu kontrole przewożonego mienia miały być na dworcach, ale także na drogach. Miały one ukrócić proceder szabru. Czy to zrobiły? Zaraz o tym się przekonamy.

W gazecie ,,Na Straży” wydawanej w Lubaniu, w numerze 31 z 15.09.1946, nie jest już tak optymistycznie! Autor artykułu próbuje wskazać czytelnikom „Co to jest szaber?”. Konstruuje definicje tego zjawiska. Definicja tego zjawiska brzmi „Największa plaga okresu powojennego”. Mocne słowa. Ta plaga nieźle musiała się dać we znaki mieszkańcom ziemi górnołużyckiej, jeśli padają takie słowa.

Dalej też autor tekstu pisze również dosadnie „(...) Niektóre tereny zachodnie są doszczętnie zszabrowane. Złodzieje (to przecież jest to samo, co szabrownicy) potrafili nawet zdejmować instalacje elektryczne, gazowe i wodociągowe. Z Wrocławia wywieziono nawet wanny i urządzenia łazienek, oraz miski ustępowe(...)”. Włosy dęba stają. Takie jednak rzeczy miały miejsce.

W tym momencie przychodzi mi namyśl scena z filmu „Prawo i pięść”, kiedy to szabrownicy ładują na ciężarówkę całe wyposażenie łazienki do zabiegów leczniczych. Żadnej moralności, żadnych hamulców!

W Biuletynie informacyjnym dla wojska i ludności cywilnej „Na Straży” nr 35 z dnia 20.09.1946 już się nie straszy tylko wręcz komunikuje, co grozi za szabrownictwo. Tytuł „SZABROWNICY UWAGA!!!” informuje szabrowników i potencjalnych amatorów cudzej własności, że w Lignicy (Legnicy) powstał specjalny obóz karny dla szabrowników. Straszy się w nim mieszkańców Lubania, którym przepisy prawa są dalekie, że wnet z miasta może wyjechać transport z amatorami- szabrownikami cudzej własności.

Ach te czasy. To co? Człowiek przeżył wojnę i teraz nic nie może sobie wziąć z własności niczyjej? Przecież to niemieckie, a więc niczyje! Tak zapewne mówili wszyscy ci, którzy łaknęli szybkiego wzbogacenia się i skarbów ziem zachodnich!

A łaknęli go w sposób nie do opisania. Jeden z moich znajomych- dobry znajomy opowiadał mi, jak to jeden z takich szabrowników tamtego okresu, który jest dziś, a jakże, szanowanym obywatelem, woził szaber niczym nie przejmując się w autobusach PKS, bo jeszcze nie miał samochodu. Opowiadał mi komiczne sytuacje, jak to ten szanowany pan wchodzi do autobusy z kilkoma zbrojami i naręczem mieczy, szabel i jak to mu jeszcze pasażerowie pomagali wsiadać i wysiadać. No, ale on wiózł mienie niczyje- prawda?!

W tym czasie temat był tak popularny i nośny, że długo przed filmem i książką o tym zjawisku powstała powieść Wojciecha Grzelika pt. „Gdy Zachód był dziki”.

Pierwszy rozdział zaczynał się nomen omen „Szabrownicy”. Powieść tą drukowano w odcinkach z gazecie „Na Straży”. Oj było sensacyjnie...

I oto gruchnęła w regionie sensacja. Wielka sensacja jak na tamte czasy. W dniu 21 grudnia 1946 roku, w numerze 51 „Słowa Polskiego”, następcy „Pioniera”, można był przeczytać artykule „Rabuś klejnotów zamku lubańskiego skazany”. I nie ma tutaj znaczenia, że zamek nie leżał w Lubaniu tylko w Czosze koło Leśnej. Ważne było to, że udało się przyłapać i skazać jednego z szabrowników tamtych czasów. Kto nim był? Ano właśnie jeden z przedstawicieli władzy, który w swoim stanowisku widział tylko możliwość szybkiego wzbogacenia się. Tym kimś był wicestarosta lubański Stanisław Kienda. Pomijam treść artykułu, która z dzisiejszej perspektywy jest bardzo przekłamana. Ważnym elementem tego artykułu jest sam wyrok. Wicestarosta dostał aż 12 lat więzienia. Świadczy to dobitnie o tym, że władza wyczerpała już swój limit tolerancji w tym temacie.

Jak widać z kolejnego, jakże ciekawego artykułu dotykającego tematów z minionej epoki, władza nie tylko próbowała rabować mienie znacznej wartości, ale także nie gardziła... bydłem w okolicach Leśnej i Grabieszyc.

Fakt ten opisała gazeta „Słowo Polskie” w numerze 283 z 14 października 1947 roku. Tytuł tego artykułu mówił sam za siebie „Rabowali osadnikom bydło”.

Ktoś pewnie powiedziałby, jakie czasy tacy przestępcy- szabrownicy. Być może i miałby racje. Aby czytelnicy tego artykułu nie pomyśleli sobie, że szabrem trudniła się tylko polska ludność, to przytoczę tutaj artykuł pt. „Niemiec i szaber na 10 mil. zł” ze „Słowa Polskiego” z dnia 03 kwietnia 1947 roku nr 91, mówiący o tym, jak to Niemiec ze Szklarskiej Poręby również próbował się wzbogacić na wojnie. Ten jednak zamiar pokrzyżowały mu polskie służby bezpieczeństwa. W jego willi odkryto liczne dobra kultury. Niemiec ów też umiał się w odpowiedni sposób zabezpieczyć. Posiadał on bowiem odpowiednie dokumenty gwarantujące mu nietykalność. Jak się jednak okazało większość z nich była podrobiona.

Wartościowe przedmioty woził on czy też raczej były wywożone do centralnej Polski. Ot szaber musiał się opłacać no i musiał on mieć zbyt na przedmioty posiadające dużą wartość rynkową.

23 lipca 1948 roku w „Słowie Polskim” ukazał się krótki artykuł „Muzeum regionalne w Lubaniu”. Krótki ten artykuł przedstawia smutną historie muzeum regionalnego miasta Lubań. Jak pisze autor tekstu wiele zbiorów zostało rozszabrowane. Część zbiorów wróciła, a część przepadła na wieki. Dziś możemy powiedzieć, że tak naprawdę większość zbiorów muzeum nigdy do niego nie powróciła a sam budynek nigdy już nie zamienił się w muzeum.

Na koniec tego artykułu należy jeszcze wspomnieć o najgroźniejszej odmianie szabru. Szabru na szczeblu państwowym. Podpartym międzynarodowymi porozumieniami, na które nikt nic nie mógł zrobić.

Oto w roku 1945 (lipiec) podpisano porozumienie pomiędzy Rządem RP a Komisariatem Spraw Zagranicznych ZSRR, które mówiło o zdemontowaniu całej infrastruktury elektrycznej regionu i wywiezieniu jej do ZSRR. Była to wielka strata dla Lubania, okolic i odbudowującego się po zniszczenia ZNTK.

Podczas tego „państwowego” szabru zdemontowano nawet klamki i okucia z okien dworców kolejowych na trasie Lubań- Leśna i innych trasach. Co można było zrobić z tym faktem? Jakże można było przemawiać do zwykłych ludzi, kiedy to państwo swym działaniem jakby dawało przyzwolenie na pospolity szaber, który… który trwa do dnia dzisiejszego, choć zapewne nie na taką skalę. Ziemie Odzyskane zostały skażone tym procederem chyba na zawsze. No chyba, że się mylę i oby tak było.

Piotr Kucznir

http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=86346
http://www.filmweb.pl/serial/Gazda+z+Diabelnej-1979-36562
Zbiory Archiwum Państwowego we Wrocławiu Oddział w Jeleniej Górze
Zdjęcia Lubania i okolic: Zbiory własne autora.