Makabryczna tajemnica II wojny światowej! Wznawiamy poszukiwania!
Dodane przez admin dnia Styczeń 03 2014 20:00:00
W październiku 2010 roku w lasach nowaszyckich koło Mielna w gminie Mieleszyn odsłonięto pamiątkowy obelisk upamiętniajacy straszną zbrodnię. Wówczas to sześćdziesiąt osiem lat po zbrodni, sześć lat po pierwszej publikacji w tej sprawie i rok po badaniach, które potwierdziły przypuszczenia, że w tych lasach hitlerowcy pogrzebali – zagazowane wcześniej około 500 osób – zamknęliśmy pierwszy etap poszukiwań miejsc pogrzebania pacjentów szpitala „Dziekanka”. Ale nadal nie wiadomo, gdzie ukryto szczątki ponad 3100 pacjentów tego szpitala. Mamy jednak nowe informacje, dlatego wznawiamy poszukiwania!
Treść rozszerzona
Cała ta historia zaczęła się we wrześniu 2004 roku. Wówczas z informacją, że w lasach niedaleko Mielna w gminie Mieleszyn znajdują się masowe groby przyszedł mieszkaniec tejże gminy. Postanowiliśmy sprawdzić tę wiadomość. Pojechaliśmy więc do Urzędu Gminy w Mieleszynie na spotkanie z sekretarzem gminy, Januszem Sztukowskim. - Naprzeciwko wsi Mielno, po drugiej stronie jeziora o tej samej nazwie w nieokreślonym do końca rejonie mogą być te mogiły - stwierdził sekretarz gminy i dodał, że kiedyś czytał lub słyszał opowieści, że jakoby w tamtych lasach grzebano jakieś zwłoki. - Gdzieś też słyszałem, że von Wendorff, właściciel majątku do którego należały lasy w okolicach Mielna, musiał na krótki okres czasu oddać fragment swoich lasów pod nadzór wojska. Stąd przypuszczenia, że Niemcy coś w tych lasach ukryli - dodaje.

Urząd Gminy w Mieleszynie opuszczaliśmy z tymi szczątkowymi informacjami i z nazwiskami dwóch osób (Sylwester Walkowiak i Antoni Wegner), które mogły nam pomóc w zlokalizowaniu tych masowych grobów. Wówczas też – co należy podkreślić – otrzymaliśmy wielką pomoc od wójta gminy Mieleszyn, Janusza Kamińskiego. Pomoc, która w tej sprawie jest kontynuowana do dzisiaj.

Pierwsze poszukiwania
Kolejnym przystankiem na szlaku naszych poszukiwań było Mielno, gdzie spotkaliśmy się ze świadkami zdarzeń, które rozgrywały się w lasach leśnictwa Nowaszyce w czasie II wojny światowej. Z Antonim Wegnerem (rocznik 1932) (Sylwester Walkowiak tego dnia nie był dla nas osiągalny) z którym pojechaliśmy w domniemany rejon usytuowania owych masowych mogił. Niestety po kilku godzinach chodzenia po lesie nie udało nam się odnaleźć mogił. Byliśmy trochę zawiedzeni, ale od Antoniego Wegnera dowiedzieliśmy się, że we wsi Nowaszyce żyje jeszcze jeden świadek tamtych zdarzeń - Henryk Pujanek, który przez kilkadziesiąt lat był gajowym w leśnictwie Nowaszyce! Z wiarą, że ów gajowy i S. Walkowiak dostarczą nam nowych, istotnych informacji wyjeżdżaliśmy z Mielna, by powrócić tu następnego dnia.

Mogiły odnalezione!
Z nadzieją, że odnajdziemy miejsce, gdzie znajdują się masowe groby pacjentów szpitala „Dziekanka" pojechaliśmy nazajutrz do Mielna. Spotkaliśmy się z Sylwestrem Walkowiakiem (rocznik 1924, zmarł w roku 2012) i razem z nim udaliśmy się do Nowaszyc do naszego trzeciego świadka - Henryka Pujanka (rocznik 1932). Pierwsze chwile naszej rozmowy z tymi panami to wyczuwalna nieufność z ich strony. Lody zostały skruszone, gdy wspomniałem, że kilkadziesiąt lat temu w tych stronach pracował mój Dziadek, Franciszek Rubaszewski. I co się okazało? Że nasi rozmówcy pracowali z moim dziadkiem! I doskonale go pamiętają! Tym sposobem zdobyłem bezcenne zaufanie tych Panów i za to jestem im wdzięczny do dzisiaj, gdyż to dzięki nim udało się kilka lat później doprowadzić do badań we wskazanym przez nich miejscu.

Po tej rozmowie, i kilkunastu minutach jazdy samochodem, dotarliśmy do miejsca, gdzie najprawdopodobniej znajdują się zapomniane mogiły pomordowanych pacjentów szpitala „Dziekanka"! Jest to kilkadziesiąt metrów kwadratowych lasu, a rejon ten wyróżnia się... brakiem starych, grubych drzew.

Wspomnienia świadków
Idziemy kilka metrów w głąb lasu i docieramy do miejsca, gdzie znajdują się mogiły. - Był to rok 1942. Pamiętam tamte dni doskonale, bo Niemcy zabrali stąd mojego ojca, który prowadził tartak w Modliszewku. W tamtym okresie w okolicach, gdzie znajdują się dzisiaj te mogiły, ojciec wybierał, na polecenie von Wendorffa, duże drzewa. I właśnie stamtąd zabrało go niemieckie wojsko w zielonych mundurach z zastrzeżeniem, by przez najbliższy tydzień nie zbliżał się w te okolice. Wówczas przez te siedem dni Niemcy nikogo do lasu nie wpuszczali. Wojsko obstawiło cały ten teren, drogi były pozamykane. Tylko samochody tam wjeżdżały. Te samochody było słychać i było to więcej, niż jeden samochód. Tu gdzie są te mogiły, wówczas był młodnik. Niemcy część drzewek wycięli, a część wysadzili, by posadzić je z powrotem już na mogiłach, by zamaskować to miejsce. Wcześniej jednak Niemcy zwłoki w dołach zalali wapnem. Wydało się to, gdy drzewka zaczęły usychać. Mimo tego, po wojnie można było tu znaleźć jeszcze włosy, spinki i różnego rodzaju rzeczy osobiste. Von Wendorff, do którego należały okoliczne majątki (Nowaszyce, Mielno, Modliszewko, Dębłowo, Przysieka) miał pracownika o nazwisku Białobrzeski. Ów Białobrzeski miał znerwicowaną żonę, która tamtego roku przebywała na „Dziekance". Opowiadała mi to moja teściowa, że von Wendorff kazał na własne żądanie Białobrzeskiemu natychmiast zabierać żonę z „Dziekanki”. Nie ma się pytać dlaczego, tylko jeśli chce mieć żonę żywą, to ma ją natychmiast zabierać. Wynika z tego, że von Wendorff musiał wiedzieć, że coś się niedobrego szykuje w tym szpitalu. Po wojnie było to zgłoszone jakimś władzom, kopano tam ale potem nikt się już tym nie interesował. Nie pamiętam w których latach po wojnie tam kopano, ale potem sprawę wyciszono - wspomina Henryk Pujanek.

Z kolei Sylwester Walkowiak wspominał: - To był rok 1941 lub 1942. Miesiąc czerwiec. Mieszkałem wówczas w Nowaszycach, a tą drogą przebiegającą obok miejsca gdzie znajdują się te mogiły prowadziłem codziennie owce należące do von Wendorffa. Tak chodziłem od maja do czasu żniw, do końca lipca. Pewnego dnia prowadziłem owce, które nagle się spłoszyły, patrzę a przede mną idzie niemiecki żołnierz z wycelowanym we mnie karabinem. Gdy był około 20 metrów ode mnie, to zapytał się, czy rozumiem coś po niemiecku. Mówię, że nie. Wówczas on po polsku wybełkotał, bym stąd odszedł, bo są ćwiczenia wojskowe. Cofnął mnie, a byłem jakieś 80 - 100 metrów od miejsca gdzie są te mogiły. Dziękuje Bogu, że żyję, bo gdyby to byli esesmani to by mnie na miejscu zabili, ale to było wojsko. Gdy on mnie cofnął, to z owcami obszedłem nad jeziorem i widziałem przyjeżdżające samochody, które przez trzy-cztery dni jeździły w to miejsce. Te samochody były szczelnie kryte plandekami. Czasami było słychać strzały, tak jakby dobijali tych, którzy jeszcze żyli. Później się dowiedzieliśmy, że zwozili chorych z „Dziekanki”. W okolicach tego miejsca przechodziłem dopiero jakieś cztery tygodnie później. Był wtedy taki smród, że nie szło wytrzymać. Oni musieli czymś te ciała polać. Smród był straszny.

Dokąd chorych wywożona?
W tym miejscu trzeba przytoczyć fragment książki „Dzieje szpitala Dziekanka 1894-1994" autorstwa Aleksandra Piotrowskiego i Mariana Jaske. M. Jaske, wieloletni ordynator szpitala „Dziekanka" w trzeciej części książki, na str. 100 napisał: „Pierwsze wywozy nie budziły zaniepokojenia, tym bardziej, że kierownik transportu zabierał historie choroby pacjentów, opatrzone sygnaturą „przeniesiony". Chorzy otrzymywali własne ubrania lub opuszczali szpital w odzieży dostarczonej przez Niemców. Niepokój o ich los wzbudził dopiero wygląd SS-manów, którzy wracali podrapani, w podartych mundurach. Dokąd chorych wywożona nie można było ustalić. (...) Czas nieobecności samochodów oraz stan liczników, które odczytywał Roman Frankowski myjący po podróży zabłocone auta wskazywał, że podróże te miały swoje cele w promieniu 60-70 km od Gniezna. Zabłocenia, odrapania samochodów oraz pozostawione na nich gałązki, liście, ślady stóp z igliwiem i mchem przemawiały za tym, że jeżdżono po leśnych drogach. (...) Auta były tak skonstruowane, że gazy spalinowe dostawały się do środka i w ten sposób zabijano chorych już przed przybyciem na miejsce kaźni"

Z danych zawartych w publikacji „Dzieje szpitala Dziekanka 1894-1994” wynika, że w okresie II wojny światowej z „Dziekanki” wywieziono w nieznanym kierunku ponad 3.600 pacjentów.

Dokumenty od nadleśniczego
W dziennikarskim śledztwie sprzyjało też nam szczęście. Pewnego październikowego dnia w Kłecku w tamtejszym Urzędzie Miejskim spotkałem – zupełnie przypadkowo – Kazimierza Pieniowskiego, byłego wieloletniego zastępcą nadleśniczego Nadleśnictwa Gniezno. Przy okazji wspomniałem mu o tej sprawie. I co się okazało? Że dysponuje on bardzo wartościowymi dokumentami na temat mogił w Mielnie, które otrzymał kilka lat wcześniej od proboszcza parafii w Modliszewki, nieżyjącego już wówczas ks. Władysława Kustry (zmarł w 1999 roku), który był bardzo zainteresowany tym tematem.

Jednym z najcenniejszych dokumentów, który K. Pieniowski mi przekazał, to list z 22 listopada 1995 r., Eckharda von Wendorffa (brata właściciela majątków - Nowaszyc, Mielna, Modliszewka, Dębłowa i Przysieki) do ks. W. Kustry. List ten rzuca nowe światło na sprawę nowaszyckich mogił. Czytamy w nim, m.in.: „W swym liście z dnia 5 września 1995 podjął ksiądz temat, który było mi znany. Nic konkretnego jednak odnośnie tych wydarzeń nie mogę powiedzieć. Wiem jedynie, że żona mego brata w Mielnie została odwiedzona przez oficerów SS, którzy jej wyjaśnili, że musi być przeprowadzona w lesie pewna akcja i z tego powodu na pewien czas musi być zakazany wstęp do lasu. Miała też w tej sprawie zachować milczenie. Jej uwaga, żeby udali się z tą akcją do lasu państwowego, bo od prawie 100 lat (1846) żyjemy w tym miejscu w dobrych stosunkach z tutejszymi ludźmi i nie chcielibyśmy tej sytuacji zepsuć. Jej uwag jednak nie przyjęto i zaznaczono: „Tam już byliśmy, również lasy prywatnych właścicieli muszą być w to włączone”. Ja sam nigdy nie znalazłem miejsca gdzie ci ludzie zostali zakopani. Według zasłyszanych wieści, co potwierdził również nasz stary leśniczy Kłoniecki, było to w 18 rewirze, to jest na wprost kaplicy nad jeziorem, ale już dalej w kierunku drogi do i od Nowaszyc. Tam był wtedy młodnik, około 5-8 letnich sosen. Dzisiaj więc stanowisko około 60-letnich. (…) Księdza uwagi, że tam mogły być przeprowadzone ekshumacje – albo też nie – nie zupełnie rozumiem. Nie uważam, też tego za realne. Jeśli rzeczywiście ksiądz tam był i znalazł właściwe miejsce, to musiałyby tam być jakieś wskazówki odnoszące się do 500 osób”.

I w tym momencie warto zaznaczyć, że ta wspomniana ilość osób zgadzałaby się z liczbą ofiar – zawartą we wspomnianej wyżej książce – gdzie czytamy, że w 1942 r. z „Dziekanki” wywieziono 499 osób!

Kolejni świadkowie
W październiku 2004 roku dotarłem do kolejnych świadków. Tym razem było to małżeństwo z Modliszewka: państwo Helena i Stanisław Adamczakowie. Pani Helena (rocznik 1922) i pan Stanisław (rocznik 1918) w okresie wojny mieszkali w Nowaszycach. I oni także potwierdzili zaistnienie tych wydarzeń z 1942 roku.

W kolejnych tygodniach skontaktowała się z nami mieszkanka Łabiszynka, pani Regina Jarzembowska. Opowiedziała nam, że jej dziadek, nieżyjący już Walerian Bubacz - gdy miała 10 lat – wspominał o tych właśnie zdarzeniach w nowaszyckich lasach. Pani Regina poinformowała nas także, że w jednej z gnieźnieńskich szkół znajduje się czaszka z przestrzeloną potylicą, którą w 1986 roku znaleziono w nowaszyckich lasach!

Wspomniana czaszka miała się znajdować w szkole przy ul. Pocztowej w Gnieźnie. Pojechaliśmy do tej placówki i dowiedzieliśmy się, że na początek 80., nauczycielka biologii tej szkoły zaapelowała do uczniów, by postarali się dostarczyć na lekcje biologii jakieś pomoce naukowe. I wówczas uczniowie dojeżdżający z Mielna i Dębłowa przynieśli przestrzeloną czaszkę! Uczniowie ci twierdzili, iż znaleźli ją w nowaszyckich lasach. Do dzisiaj nic więcej w temacie tej czaszki nie wiadomo.

W tym czasie do naszych poszukiwań włączył się pan Szczepan Kropaczewski, mieszkaniec Czerniejewa, który wytrwale do dzisiaj wspiera nas w poszukiwaniach kolejnych miejsch grzebania przez hitlerowców pacjentów „Dziekanki”.

IPN umaża śledztwo...
Gdy szukaliśmy kolejnych świadków, ci do których już dotarliśmy, zostali wezwani na przesłuchanie do IPN do Poznania. Dostaliśmy też informację, że na miejsce do lasów koło Mielna przyjedzie prokurator prowadzący tę sprawę. Nie ukrywam, że wiązaliśmy z tą wizytą wielkie nadzieje. Do tej wizyty doszło pod koniec października 2004 roku. I niestety, wizyta ta – jak i późniejsze działania w tej sprawie IPN – mówiąc łagodnie rozczarowały nas. IPN chciał bowiem naocznych świadków, którzy widzieliby, jak Niemcy zrzucają ciała z samochodów do dołów!

Od listopada 2004 roku przez kolejne trzy lata w temacie Mielna była zupełna cisza, jeśli weźmiemy pod uwagę jakiekolwiek kroki ze strony instytucji, czyli IPN, który powinien się tym tematem zajmować. Na moje telefoniczne, jak i wójta Kamińskiego pisemne zapytania, na jakim etapie jest cała sprawa, dostawaliśmy odpowiedź: sprawa w toku. I tak było do kwietniu 2008 roku, gdy przyszła decyzja IPN o... umożeniu śledztwa „w sprawie zabójstw popełnionych w latach 1939 – 1945 przez hitlerowców na pacjentach Szpitala Psychiatrycznego „Dziekanka”.

W pierwszej chwili ręce nam opadły. Mówię nam, ponieważ grupa która zaczęła poszukiwać mogił powiększyła się. Do mojej osoby – i wspomnianego już Szczepana Kropaczewskiego – dołączył gnieźnieński historyk Robert Gaweł i Marek Kosmala, zawodowo dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich Starostwa Powiatowego w Gnieźnie.

Badania w Mielnie
Ale my na przekór decyzji IPN, byliśmy jeszcze bardziej zdeterminowani wyjaśnieniem sprawy Mielna. W czerwcu 2009 roku doszło do wizyty w lasach koło Mielna dwóch pracowników Muzeum z Żabikowa: Marcina Krzysztonia i Michała Maćkowiaka. A do oczekiwanych przez nas badań w Mielnie doszło od 22 do 24 września 2009 roku (czyli 5 lat po pierwszej publikacji na ten temat).

Już w pierwszym dniu badań – którymi kierował Bogdan Walkiewicz, archeolog z Muzeum Archeologicznego w Poznaniu natrafiono m.in. na wiele łusek od karabinów i medalik-szkaplerz. Po trzech dniach prac byliśmy wszyscy pewni, że miejsce wskazane przez świadków jest tym, w którym pogrzebano pacjentów „Dziekanki”. - Interpretacja i wynik badań w Lasach Nowaszyckich wskazują, że były tam jednak doły śmierci w których pogrzebano pomordowanych pacjentów szpitala „Dziekanka”. Popełnienie takiej zbrodni w lasach koło Mielna graniczy z pewnością – tak można streścić w dwóch zdaniach cały raport będący podsumowaniem wrześniowych badań w Mielnie.

Kilka dni po zakończeniu badań – pod koniec września 2009 r. - rzuciłem hasło, że należałoby zorganizować konferencję naukową na temat mordowania pacjentów szpitala „Dziekanka”. R. Gaweł temat podchwycił, przekazał go staroście Ostrowskiemu i dzięki temu – oraz ogromnej przychylności prof. Leszka Mrozewicza, dyrektora Kolegium Europejskiego UAM w Gnieźnie – 22 i 23 października 2010 roku odbyła się konferencja pt. „Medycyna na usługach systemu eksterminacji ludności w Trzeciej Rzeszy i na terenach okupowanej Polski”.

Tyle wspomnień z dotychczasowych poszukiwań
Po konferencji naukowej w Kolegium Europejskim i upamiętnieniu miejsca w Mielnie (te dwa wydarzenia można nazwać zamknięciem pierwszego etapu poszukiwań), temat odnalezienia dalszych mogił pacjentów szpitala „Dziekanka” był przez nas kontynuowany. Przez te dwa lata udało się ustalić nowe fakty a nawet dotrzeć do kolejnego świadka tamtych wydarzeń – w tym do pani Anny Niewiadomskiej pielęgniarki (rocznik 1915, zmarła w 2012 r.) pracującej na Dziekance w latach 1939 – 1940.

Czas na nowe wyzwania
Wspomnienia pielęgniarki, jak również nasze własne śledztwo dziennikarskie doprowadziło nas do kolejnych domniemanych miejsc. Mówi się o lasach koło Wierzyc w gminie Łubowo (jedno takie miejsce zostało przebadane we wrześniu 2010 r., ale z bez żadnych ustaleń), w lasach w kierunku na Wrześnię, w lasach w kierunku na Kiszkowo i w lasach między Obornikami a Rogoźnem, a ostatnio pojawił się niespodziewany trop wskazujący na drugie miejsce pogrzebania pacjentów w lasach koło Mielna! O tym wszystkim już wkrótce w naszym portalu

Dlatego wraz z nadejściem wiosny będziemy kontynuować te badania, przez wzgląd na pamięć dla tych pacjentów zamordowanych przez hitlerowców i przez wzgląd na historię naszej „małej Ojczyzny”. Mamy nadzieję, że rok 2014 przyniesie nam odpowiedź na kolejne pytania związane z tą makabryczną (a zarazem zapomnianą) zbrodnią II wojny światowej.

Jednocześnie zwracamy się z apelem do Czytelników: jeśli posiadają Państwo nieznane dotychczas informacje w tym temacie prosimy o kontakt z redakcją.

Karol Soberski

Więcej na temat dotychczasowych poszukiwań i badań: TUTAJ