Górne Łużyce – historie znane i nieznane: Armaty Zamku Czocha
Dodane przez admin dnia Sierpień 27 2016 11:00:00
Wielu turystów podczas swych wędrówek po ziemi górnołużyckiej zagląda na wspaniały zamek Czocha, który swe nowe życie otrzymał dzięki architektowi Bodo Ebhardtowi. Nie ma chyba w tym momencie sensu opisywać kolejnych etapów przebudowy zamku zakupionego przez Ernesta Guetschowa.
Treść rozszerzona

Zamek ogołocony...
Fakt pozostaje faktem, że zamek swoim blaskiem i tajemniczą aurą, która z dnia na dzień coraz bardziej pokazuje swe prawdziwe oblicze, przyciąga tłumy gości. Wchodząc w mury zamkowe, przechodząc podzamczem na górny dziedziniec, mało kto jednak zatrzymuje się przy jednej z największych atrakcji zamku.

Po drugiej wojnie światowej zamek został praktycznie całkowicie ogołocony z mienia ruchomego. Wszystko, co można było, albo zostało ukradzione, albo wywiezione przez wszelakiej maści grupy rewindykacyjne i szabrowników. Pozostawmy jednak ten temat na inny czas, bo co kto ukradł (wywiózł), to dziś jest tematem bardzo trudnym do ustalenia.

Cóż więc jest przy tej mizerocie atrakcją największą, a może jedną z największych, zamku Czocha? Ano są nią dwie, a w zasadzie trzy armaty. Stojące samotnie, w zapomnieniu i w coraz gorszym stanie fizycznym. Na ten stan rzeczy mają wpływ warunki atmosferyczne, ale i pewnie brak konserwacji, która zatrzymałaby ich postępującą degradację.

Od czasu do czasu jacyś turyści przystaną przy nich i zrobią kilka zdjęć przy tej chlubie zamku. Kiedyś było ich aż sześć, o czym możemy dowiedzieć się z dokumentów archiwalnych spoczywających w archiwum w Braubach. Teraz pozostały trzy. Trzy, ale o wielkim potencjale historycznym…

Rys historyczny
Pozwólmy więc sobie na krótki rys historyczny tych armat. Przytoczmy ich chlubne dzieje z czasów, kiedy broniły one nowego odrodzonego państwa polskiego. Rzecz jasna armaty stojące na dziedzińcu zamkowym nie były dokładnie tymi, które brały udział w umacnianiu państwa polskiego, chociaż kto wie, może jednak...

W pierwszej kolejności skoncentrujemy naszą uwagę na dwóch armatach stojących na lewo od wejścia na górny dziedziniec. Stoją one sobie przy murze obronnym, obok pięknego elementu obronnego zamku - kawaliery. Ich lufy już ostygły, zamki zostały zaspawane, a koła dawno zapomniały o czasach swojej świetności, kiedy to mogły dojechać na pole walki ciągnione przez konie.

Czasy walk okresu I wojny światowej pozostawmy jednak na boku i pochylmy się nad historią powstania i tym, w jaki sposób armaty trafiły na zamek Czocha, jako eksponaty. Trzeba dodać rzadkie eksponaty.

Ich początek sięga roku 1896, kiedy to armia niemiecka otrzymała na uzbrojenie armaty 7,7 cm Feld Kanone. Miały one zastąpić wysłużone, ciężkie armaty 8,8 cm C/73 (reprezentant tego typu armat stoi również na zamkowym dziedzińcu, ale o tym później). Nowy typ armat wyprodukowała renomowana firma zbrojeniowa Krupp. Postęp, jaki w owym czasie dokonał się w dziedzinie ładunków wybuchowych, od czasu wojny francusko-pruskiej z 1870-1871 roku, pozwolił na zmniejszenie kalibru nowych armat z 8,3 cm do 7,7 cm (Niemcy oznaczali kaliber w centymetrach, a nie w milimetrach).

Zmniejszenie kalibru w konsekwencji doprowadziło do zmniejszenia masy armat, co miało wielkie znaczenie nie tylko ze względów oszczędnościowych, ale także ze względów trakcyjnych i mobilnych. Te jakże ważne zmiany w rozwoju artylerii Niemiec cesarskich okresu przedwojennego nie pomogło na wiele w wyścigu zbrojeń, jaki trwał między Niemcami i Francją.

Nowy typ armat
Oto Francja wprowadziła do swojego arsenału nowy typ armaty. Armaty te (francuskie 75 mm Schneider) pozostawiły w tyle najnowszy wytwór cesarskiej armii, czyli Feld Kanone wz. 96 kaliber 7,7 cm.

Francuscy wojskowi wprowadzili na wyposażenie armii armaty 75 mm Schneider, a było to zaledwie rok po powstaniu armaty niemieckiej FK 96. Zabieg ten doprowadził do tego, że niemieckie armaty stały się z dnia na dzień armatami przestarzałymi. Dlaczego tak się stało Co takiego wymyślili Francuzi w swoich armatach, że tak zdystansowały one uzbrojenie niemieckie? Zwiększyli ładunek, może donośność, a może masę armaty? Nie!

Tym czymś były oporopowrotniki, a raczej ich brak w armatach niemieckich. To jakże proste urządzenie miało kluczową rolę w działaniach wojennych prowadzonych na coraz bardziej dynamicznym polu walki.

Urządzenie pod nazwą oporopowrotnik, mówiąc najprościej, miało za celu wytłumienie energii, jaka powstawała podczas wystrzału pocisku armatniego. To w konsekwencji powodowało, że armata raz wycelowana, nie zmieniała swojego położenia i można było szybciej oddać kolejny strzał w kierunku wroga. Brak tego urządzenia w armatach niemieckich powodował, że ogień armatni był mnie celny i dodatkowo mniejsza była szybkostrzelność.

Te braki inżynierowie niemieccy postanowili szybko uzupełnić - usunąć. Powstała modyfikacja armaty, oznaczona 7,7 cm FK96 n.A. Stary typ armaty oznaczono zaś jako a.A. To właśnie armaty nowego typu stoją na dziedzińcu zamku Czocha. Widać to zresztą także po oznaczeniach, jakie posiadają one na zamkach.

Czy to już koniec ich historii?
Nie. Ten konkretny wzór armaty odegrał jeszcze kilka znaczących ról w historii naszego państwa i drodze do niepodległości, jaką osiągnęliśmy po 123 latach zaborów, 11 listopada 1918 roku.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do czasów I wojny światowej. W początkowym jej okresie, kiedy działania zbrojne miały wciąż charakter manewrowy, armata FK96 n.A. charakteryzowała się dużą mobilnością. Ta mobilność spowodowana była jej niezbyt dużą wagą, o czym napisałem powyżej. To spowodowało, że mogła bardzo szybko zmieniać swoje położenie. Mogła ona, a w zasadzie obsługa jej, reagować na zmieniające się warunki na polu bitwy i być tam, gdzie w danej chwili potrzebne było wsparcie ognia artylerii.

Ta zaleta odeszła na bok, kiedy wojna światowa zamieniła się z manewrowej w wojnę pozycyjną. Wrogie armie okopały się i zaczęły nawzajem bombardować się ogniem ciężej i średniej artylerii. Armaty z zamkowego dziedzińca stały się więc mniej przydatne.

Działania na frontach wojny światowej ujawniły jeszcze jeden mankament armat FK 96. Tym mankamentem był zbyt mały kąt podniesienia lufy oraz zbyt krótka lufa, przez co i jej zasięg był mniejszy od oczekiwanej przez wojskowych niemieckich. Końcówka wojny światowej ponownie przywróciła te armaty do łask ze względu na manewrowy charakter ostatniej ofensywy przeprowadzonej przez armię cesarską.

W Wojsku Polskim
Po zakończonej I WŚ część opisanych powyżej armat niemieckich znalazło się w arsenale nowo powstającego Wojska Polskiego.

W Polsce otrzymały nowe oznaczenie - 77 mm armata polowa wz.1896. Armaty, które wcielono do polskiej armii, pochodziły ze składnic niemieckich znajdujących się na terenie Polski. Część jednak armat pochodził ze zdobyczy, jakie Wojsko Polskie odniosło na wojskach niemieckich. Zdobyczy tych dokonano na Pomorzu oraz w Wielkopolsce.

Armaty te, poza udziałem w Powstaniu Wielkopolskim (1918-1919), jedynym polskim wygranym powstaniu, brały także udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku.

Spis wyposażenia uzbrojenia z 1920 roku wymienia na stanie Wojska Polskiego 64 sztuk armat wz. 16 oraz wz. 96, tych samych, które do dziś stoją na zamku Czocha. Los armat wz.96 w WP był jednak przesądzony, ze względu na przyjęcie do użytku amunicji kal. 75 do armat francuskich Schneider. Powoli zaczęto wycofywać z wyposażenia WP armat wz. 96.

Armaty 77 mm wz. 96 używane były jeszcze w pułkach artylerii lekkiej, konnej i pułkach piechoty z rejonów Śląska, Pomorza i Wielkopolski. W latach trzydziestych XX wieku spotykać je można było już tylko w składnicach uzbrojenia.

Jednak to nie koniec ich ciekawej historii. W październiku 1933 roku, na terenie koszar I Dywizjonu Artylerii Konnej w Warszawie, został ustawiony pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego. Częścią pomnika była właśnie armata 77 mm wz. 96 n.A. Było to bezsprzecznie wielkie wyróżnienie dla tych armat, a w zasadzie dla trudu, jaki poniosły swą służbę w tworzeniu niepodległości nowo odrodzonego państwa Polskiego.

Po wybuchu II wojny światowej pomnik został zniszczony przez Niemców, nie przetrwał do dzisiejszych czasów.

Dalsze losy armat, wycofanych z pierwszej linii i stojących w składnicach wojskowych WP, były związane z wojną domową w Hiszpanii (1936-1939). W 1937 roku, 34 armaty wraz z częściami i amunicją sprzedano oficjalnie do Urugwaju. Drogą okrężną faktycznie trafił one jednak do rąk hiszpańskich republikanów.

Ot, taka to historia dwóch armat spod kawaliery.

Gwoli ścisłości podać należy jeszcze parametry techniczne powyższych armat: kaliber 7,7cm, długość lufy 2080 mm, rozmiar kół 1360 mm, masa podstawowa 635 kg, masa na stanowisku 1020 kg, masa pocisku 6,85 kg, donośność teoretyczna 7800 m, donośność praktyczna 5000 m.

Trzecia armata
Trzecią armatą, także bardzo ciekawą pod wieloma względami, jest armata, która przytuliła się do stojącej na górnym dziedzińcu Gloriety. Stojąc tak samotnie, niezauważona, czeka na lepsze czasy... Jej widok czasami wzbudza zainteresowanie turystów, czasami zapytanie o historię tego typu armat. Ot i tyle.

Nie zionie już ogniem, nie pluje żelazem, swą pamięć ku lepszym czasom cofa. Nie taki los miał być jej udziałem. Na pewno nie los zapomnianej „atrakcji” stojącej gdzieś na dziedzińcu zamkowym... A jak to z nią było w czasach jej świetności?

Zaprojektowana została po wojnie prusko-francuskiej w 1871 roku. Armata 9 cm C/73 Feldkanone poprawiła znacznie skuteczność niemieckiej artylerii polowej. Do tego czasu zdarzało się, że armaty podczas strzelania uszkadzały się. Związane to było ze zbyt słabą jakością stali. Ten mankament poprawiono w nowym typie armaty. Wyprodukowana została przez koncern Kruppa, tak jak armaty wz. 96, i była wtedy jego najnowocześniejszym rodzajem broni. Wykorzystano w niej najnowsze jak na owe czasy technologie. Posiadała poziomy klin ślizgowy mechanizmu zamka. C/73 była ładowana pojedynczym ładunkiem miotającym i pociskiem 9 cm. Sam sposób celowania, zastosowany w armacie, był najbardziej prymitywnym elementem jej wyposażenia. Był nim kątomierz artyleryjski i celownik. Zamek armaty ryglowany był przy pomocy zamka ślimakowego.

W późniejszym czasie powstały ulepszone wersje armaty i były to C/73 1888 i C/73 1891. Ulepszenie było związane z lepszą jakość stali. Czy więc nasza armata z zamku Czocha jest tym ulepszonym typem?

Armata C/73 transportowana była wraz z wózkiem przez zaprzęg sześciu koni. Wczesne armaty były malowane na kolor szaro-niebieski.

Armata była wyposażana w specjalne siedzenia do przewożenia obsługi artyleryjskiej. Były one jednak często usuwane ze względu na to, że były bardzo niewygodne w użytkowaniu. Na lawecie przewożącej armatę zamontowane były również hamulce, które miały służyć do wyhamowywania jej podczas marszu. Hamulce były montowane na obu kołach. Armata była też jednym z pierwszych dział odtylcowych produkowanych na masową skalę.

Armaty C/73 były w pewnym okresie wykorzystywane nawet do ostrzału przeciwlotniczego. Dzisiaj armata kal. 9 cm jest bardzo rzadkim okazem. Można je zobaczyć w Turcji, gdzie służyły przez długi czas oraz w USA, gdzie znajduje się zaledwie kilka egzemplarzy. Dwie takie armaty stoją również na zamku Wartburg w Niemczech. Być może jeszcze gdzieś stoją pojedyncze egzemplarze tych armat.

Część tych armat po I wojnie światowej trafiło do polskiej armii, do jednostek ze Śląska i Wielkopolski. Jednak ze względu na brak amunicji do nich jak również brak wyszkolonej kadry, a nade wszystko ze względu na to, iż mocno już odbiegały od nowoczesności, zostały szybko wycofane z użytku w WP.

Kaliber armaty to 8,8 cm, masa pocisku 7,5 kg, prędkość wylotowa 442 m/s, donośność, w zależności od zastosowanego pocisku, to około 6600 m, waga armaty 1308 kg.

Armatnie „ozdoby”
Pozostaje mi jeszcze opowiedzieć o interesujących „ozdobach” armaty stojącej na dziedzińcu zamku.

Są to dwa napisy i orzeł pruski. Jeden z tych napisów widniał na armatach odlewanych we Francji za czasów króla Ludwika XIV i brzmiał on tak „Ultima Ratio Regum”- Ostatni argument Królów. Napis został zakazany przez Zgromadzenie Narodowe w 1796 roku. Niemal sto lat później, król Pruski Fryderyk II Wielki, przerobił ten napis i zaczął go umieszczać na swoich armatach. Napis brzmiał wtedy „Ultima Ratio Regis”- Ostatni Argument Króla. Pod napisem orzeł pruski. Na armacie widnieje jeszcze korona wraz z monogramem królewskim i napisem „Pro Gloria Et Patria” - Dla Sławy Ojczyzny.

Tak to na armacie stojącej na zamku Czocha można, przy bliższym się jej przyjrzeniu, zobaczyć, poza jej konstrukcją, dziś już unikatową, także historię narodów francuskiego i niemieckiego, zawartą w wyrytych na niej napisach.

Śledząc losy armat, które znajdują się na dziedzińcu górnym zamku Czocha, widzimy, że ślepym zrządzeniem losu, podczas przebudowy zamku, Bodo Ebhardt umieścił w nim armaty, które później odegrały niemałą rolę w kształtowaniu się nowego odrodzonego państwa polskiego.

Dzisiaj niemi świadkowie tamtych dni, armaty wz. 96 i armata C/73 stoją na zamku Czocha i mało kto zastanawia się nad ich ciekawą historią i tym, jakie miały znaczenie w historii uzbrojenia i w nowej historii Polski. Warto przechodząc obok nich o tym pamiętać.

Piotr Kucznir

Źródła:
http://www.7dak.pl/index.php/wyposazenie/sprzet-artyleryjski/365-armata-polowa-wz-1873.html
http://www.dobroni.pl/rekonstrukcje,77-mm-armata-polowa-z1896,12270
„Na krawędzi ryzyka: Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym” M. Deszczyński i W. Mazur
A. Konstankiewicz „Broń strzelecka i sprzęt artyleryjski formacji polskich i Wojska Polskiego 1914 – 39”
www.odkrywca.pl
www.landships.freeservers.com
Współczesne zdjęcia armat: Piotr Kucznir