Jak likwidowano parowozownię?
Dodane przez admin dnia Maj 15 2016 20:30:00
Dziś zakończyły się trwające od czwartku Dni Pary w Gnieźnie. Wracamy do jeszcze jednego wydarzenia, które odbyło się w ramach tej akcji, a był nim pokaz filmu „Ostatnia lokomotywa”. Być może stanie się tak, że dokument Bogumiła Bieleckiego także zostanie włączony do stałej ekspozycji, która ma wkrótce powstać w jednym z głównych pomieszczeń gnieźnieńskiej parowozowni.
Treść rozszerzona
Na spotkanie z filmem dokumentalnym „Ostatnia lokomotywa”, który został nakręcony w 2008 roku przyszło kilkadziesiąt osób, a wśród nich kilku byłych pracowników rozwiązanej w tamtym czasie parowozowni. - Miasto to nie tylko piękne ulice i budynki, ale także ludzie. Ja kręcąc te moje filmy zawsze docierałem do ludzi, którzy mieli bardzo ciekawe spojrzenia na wiele rzeczy. Mieszkałem jeszcze jako dzieciak w takim miejscu, w którego pobliżu mieszkało kilka rodzin kolejarskich – wspomina Bogumił Bielecki, który dokumentuje ważne wydarzenia związane z historią Gniezna od prawie 50 lat. Bardzo dobrze pamięta on z tamtych czasów wiele długich rozmów z kolejarzami. - Maszyniści mówią, że parowóz to jest takie prawie żywe stworzenie i on ma duszę. Oni twierdzą, że parowóz tak samo jak człowiek męczy się i sapie – opowiada dalej.

- To było tak, że mój syn poznał kiedyś rodzinę maszynisty i ja dzięki temu też miałem okazję obyć ciekawe rozmowy. On już nie pracował tutaj w parowozowni, bo prowadził pociągi. Prowadziliśmy wielogodzinne rozmowy – mówi B. Bielecki. Po jakimś czasie zapytałem o możliwość dostania się na teren parowozowni. - To był 1997 albo 1998 rok, trudne było to, ale po jakimś długim czasie on przyszedł i powiedział, że możemy iść. Poszliśmy, był wtedy sympatyczny pan kierownik, który bał się bardzo. Ja powiedziałem, że załatwię taką prośbę od Towarzystwa Miłośników Gniezna, żeby on miał tzw. podkładkę w razie ewentualnych pytań – dodaje.

Co dokumentalistę zaskoczyło najbardziej, jak już znalazł się w tym sercu gnieźnieńskiego kolejnictwa? - Zaskoczyła mnie przede wszystkim ta stara technika, jakże ona była przydatna i jakże mądrze to wszystko było skonstruowane. Te wszystkie maszyny tak ciekawie pracowały. Przychodziłem tutaj przez cztery albo pięć dni, żeby różne fazy tutaj najpierw przejść i obejrzeć, a potem zarejestrować. To był już wtedy 2007 rok, gdy mówiło się już o planach likwidacji tego warsztatu – precyzuje B. Bielecki.

- Szkoda, że to wszystko zostało tak zmarnowane, to było wszystko na chodzie, wspaniałe rzeczy. Jest tu jeszcze całe szczęście maszyna do otaczania tych wielkich kół od lokomotyw, które mają średnicę 2 metry. To jest polska myśl techniczna, bo ta maszyna została wyprodukowana w Polsce jeszcze przed wojną. Ona nazywa się kołówka i jej działanie jest dokładnie pokazane. Obsługujący specjalnie na moją prośbę pokazał, jak to się robi – zdradza jeden z fragmentów swojego filmu.

Jaka jest konkluzja nakręconego filmu dokumentalnego pt. „Ostatnia lokomotywa”, który trwa prawie 1,5 godziny? - Tam nie ma jakiegoś specjalnego wniosku czy podsumowania, bo chciałem zakończyć to wypowiedziami ludzi, którzy tutaj pracowali. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że wśród pracujących wtedy tutaj, to taki, który miał najmniejszy staż, to pracował ponad 20 lat, a reszta miała staże po 30-40 lat – zaznacza Bogumił Bielecki.

Wspomina ze wzruszeniem, że wszyscy byli załamani. - Ich nawet o tym nie poinformowano, tylko takie głosy nieoficjalne do nich docierały, że mają zlikwidować parowozownię. Cały czas pracowali, jak kręciłem ten film, to jeszcze kilka kanałów było regularnie zajętych przez te lokomotywy. Niektórzy z nich nawet nie dowierzali, że to się może stać, ja z nimi o tym rozmawiałem i te ich wypowiedzi świadczą o tym, jak zostali potraktowani. To jest chyba najlepszą konkluzją tego filmu – podsumowuje.

Wojciech Orłowski