„Maszynista to było coś więcej, my przychodziliśmy na służbę”
Dodane przez admin dnia Maj 13 2016 20:30:00
W ramach drugiej odsłony Dni Pary w Gnieźnie w gnieźnieńskiej parowozowni doszło do spotkania z człowiekiem, który większość swojego życia spędził jako maszynista. Dziś podczas ponad godzinnego spotkania z miłośnikami kolejnictwa i zawodowymi kolejarzami opowiadał o tajnikach tego fachu. Za dwa tygodnie 60-letni Krzysztof Bamber przechodzi na emeryturę, zamierza odpoczywać, ale nie z dala od kolei.
Treść rozszerzona
Spotkanie z tym maszynistą, który pamięta jeszcze czasy parowozów, znaczyło dla miłośników kolejnictwa coś więcej, niż tylko zwykłą podróżą do przeszłości. Jego przygoda zawodowa z PKP rozpoczęła się w 1970 roku. - Pamiętam, że od najmłodszych lat chodziłem jeszcze z babcią na taką górkę rozrządową, która wtedy w Gnieźnie istniała. Tam siedziałem i patrzyłem na te wagoniki, jak one schodzą na dół. Dużo czasu spędzałem na kolejce wąskotorowej na Jelonku, kładłem się na szynę i nasłuchiwałem, czy ta kolejka jedzie, mówiło się na nią wtedy, ze jedzie „Ślepa Ula” - wspomina Krzysztof Bamber.

Na poważnie związał się z przyzakładową szkołą kolejową. - Nie dostałem się do technikum, bo tam dostawały się tylko dzieci kolejarzy, ale ojciec jakoś załatwił, że dostałem się do tej szkoły i to był ruch trafiony, bo ja chciałem być kolejarzem od razu, ale tak się nie dało. Ja najpierw trafiłem na przeszkolenie na warsztat, byłem przy kotłach, a dopiero 15 stycznia 1974 trafiłem na parowóz jako praktykant. Po służbie wojskowej w 1979 roku przyszedłem tutaj z powrotem na trakcję elektryczną, zrobili nas pomocnikami, ale była potrzeba na maszynistów parowych, to myśmy się zgodzili i przeszliśmy z tej już dobrej roboty, znowu do tej czarnej i brudnej, ale wspaniałej – opowiada dalej.

Co wtedy było takiego zwyczajnego,normalnego i codziennego dla maszynistów tamtych czasów, co dzisiaj może co najmniej szokować, a nawet dziwić? - Ten syczący parowóz, który stoi na peronie. Czasami ludzie patrzą w kierunku sprężarki i tam się taka korbka obraca. Ten mechanik parowozu, bo wtedy człowiek na parowozie musiał być wszystkim, ogniem i mieczem. Najbardziej mi utkwiło w pamięci, że aby dojechać z Gniezna do Nakła pociągiem osobowym, to trzeba było wrzucić do kotła ok. 3,5 tony. Przy pociągach towarowych trzeba było wrzucić ok. 4,5 tony i to uciągnęło 3,5 tysiąca ton – mówi K. Bamber.

- My największy trud mieliśmy z jazdą na Kujawy, bo z jednej strony jechało się jak gdyby z górki, bo gdy się zamknęło tę przepustnicę w Kołodziejewie, to tym powietrzem pociąg przejechał jakieś 20 km do samego Inowrocławia – tłumaczy tajniki prowadzenia parowozu na codziennie uczęszczanych wówczas trasach. - Co jest dzisiaj unikatowe i niezrozumiałe, to, że kiedyś maszynista to było coś więcej niż tylko praca w PKP, my przychodziliśmy na służbę. Dzisiaj jest już zupełnie inaczej – dodaje.

27 maja kończy się przygoda zawodowa pana Krzysztofa z kolejnictwem, bo przechodzi na emeryturę. - I niczego nie żałuję, bo ja wszystko tutaj przeżyłem. To było coś, czego ja sobie nie zaplanowałem. W całości to tak wyszło, że ja przejechałem dużo, na tych normalnych torach, a od 2001 roku jeszcze na tej wąskotorówce, ale to już w celach hobbystycznych. Ja jako ten maszynista parowy, których już wtedy było coraz mniej, miałem zaszczyt w tym uczestniczyć. Na emeryturze będę odpoczywał, jak każdy, ale nie z dala od kolei, na parowozach – zaznacza.

Czy pociągi jeżdżące obecnie po naszych szynach to jest szczyt marzeń, które snuło się przed wielu laty także tu wśród „starej gwardii” gnieźnieńskiego taboru? - Tak. Czekaliśmy na to 40 lat – przyznaje bez chwili zastanowienia K. Bamber. - Ja celowo przeniosłem się w listopadzie 2012 roku z Przewozów Regionalnych do Kolei Wielkopolskich, żeby właśnie zasiąść jeszcze na tych nowoczesnych pojazdach. Ja takie pociągi już obserwowałem, prowadząc pociągi parowe w Szwajcarii, bo taki krótki epizod w swoim życiu też miałem – wyznaje na koniec rozmowy.

Wojciech Orłowski