Legenda o pieczonych jabłkach
Dodane przez admin dnia Grudzień 20 2015 22:00:00
Po śmierci króla Bolesława Chrobrego, w wyniku bratobójczych zwad, malała potęga Polski. Gniezno, najwspanialszy gród piastowski, do którego od lat przybywało tysiące pielgrzymów z całej Europy aby otrzymać odpust przy grobie świętych Wojciecha, Radzyma, Benedykta, Jana, Mateusza, Izzaka i Krystyna, po śmierci króla Chrobrego nękane było zbrojnie przez Czechów.
Treść rozszerzona
I zdarzyło się, że wyniszczony wojnami stołeczny gród najechał z wielką armią książę czeski, zwany Brzetysławem. W szeregach wojów czeskiego księcia znalazło się wielu zaciężnych rycerzy z Niemiec, którzy obsługiwali potężne machiny oblężnicze. Gnieźnieńscy obrońcy nie zamierzali się jednak poddawać i z wysokich na kilkanaście metrów umocnień warownych zaczęli śpiewać:

Książątko Brzetyslawiątko
Chwały chciałoby jak lwiątko.
Już knuje z czeskimi pany
Zbić stolec niepokonany.

Chodźże psie pod nasze miecze,
Zaraz mięso twe usiecze,
Zaraz spuścim tobie smołę
Patrzać jak twe zbroje gołe.

Gnieźnianie widząc złość Brzetysława i jego wojów, jeszcze odważniej i głośniej zaczęli sobie poczynać, nawet kobiety i dzieci dołączyły się do śpiewu:

Stolicy ci nie oddamy,
Za złoto nie odsprzedamy,
Twoich machin sie nie boim,
Z wielkim ogniem sie oswoim.

Na nic twoje gromkie hurmy,
Na nic twoje gromkie surmy,
Wiela przygnał tu rycerza,
Wbijać będziem do pancerza*
.

Wściekły książę Brzetysław kazał natychmiast uruchomić maszyny wojenne, które kulami ognia zaczęły siać spustoszenie. Najpierw w stołecznym grodzie gnieźnieńskim zaczęły płonąć dachy kościołów fundowane przez Dąbrówkę i Mieszka, później ognień zajął strażnicze wieże i gonty zamku królewskiego, w którym niegdyś król Chrobry przyjmował z przepychem cesarza Ottona.

Czesi jednak cały czas napierali na wały i bramy Gniezna, nie mogąc zapomnieć gnieźnianom jak ci, pod wodzą króla Chrobrego zdobyli ich stolicę Pragę wraz z jej bogactwami. Teraz zamierzali zemścić się i wyciąć w pień wszystkich, aby sława o wielkim Gnieźnie przestała istnieć, i aby gród nigdy się nie odrodził.

Walki trwały długo, przez wiele dni i nocy, aż powietrze stało się czarne od dymu i ludziom zaczęło brakować tchu. Gdy padło podgrodzie, gnieźnianie uciekli za obwarowania grodu, na Górę Lecha, gdzie znajdowała się katedra, kościoły, zamek królewski oraz główna brama. Rycerze, giermkowie, nawet kobiety i dzieci, wszyscy dzielnie bronili Gniezna.

Wśród obrońców był kilkuletni chłopiec imieniem Jan, syn gnieźnieńskiego szewca. Gdy już zabrakło obrońcom kamieni i smoły, a klęska była nieuchronna, gnieźnianie zaczęli ciskać z grodowych murów w Czechów czym popadnie – garnkami, talerzami, a mały chłopiec, ku wielkiemu śmiechowi Czechów, jabłkami. Na nic to, po wdarciu się za ostatnią bramę, Czesi oszczędzili tylko kobiety, a większość gnieźnian płci męskiej zamordowali, w tym małego Jasia.

Gdy Czesi odeszli, zostały po Gnieźnie tylko zgliszcza. Do Pragi wywieziono z katedry relikwie świętych oraz złoto królów koronowanych w Gnieźnie. Ocalałe kobiety przez wiele dni grzebały i opłakiwały swoich mężów oraz synów. Zapanował tak wielki głód, że z węglonych zgliszczy wyciągano wszystko, co nadawało się do jedzenia. Wśród resztek znaleziono również jabłka ciskane przez Jasia szewczyka, zagrzebane w popiele.

Na pamiątkę tamtych tragicznych dni, w święto Pięciu Braci Męczenników**, gnieźnianie piekli w ogniu lipowym jabłka aż na czarną skórkę, aby uczcić obrońców dawnej stolicy.

Zwyczaj ten jeszcze i dzisiaj kultywowany jest wśród najstarszych rodów Gniezna.

Dawid Jung


* Fragment z anonimowego wiersza „Na obronę królewskiej stolicy i porwanie części wojciechowych kości”.
** Pięciu Braci Męczenników kanonizował w Rzymie papież Jan XVIII w 1004 r., grób świętych znajdował się w Gnieźnie od 1008 r. Święto Pięciu Braci Męczenników obchodzone jest 13 listopada.