Drugie życie Pileckiego?
Dodane przez admin dnia Grudzień 10 2015 22:45:00
Zamysłem twórców filmu było pokazanie Witolda Pileckiego od innej strony, stworzenie opowiadania z udziałem jego rodziny, co może znacząco wpłynąć na wiarygodność jego postaci. Czy ta sztuka udała się? Tu, gwoli uczciwości należy stwierdzić, że wbrew kilku negatywnym opiniom krytyków filmowych trzeba obejrzeć obraz i ocenić go indywidualnie z pozycji widza.
Treść rozszerzona
W Miejskim Ośrodku Kultury odbył się pokaz filmu dokumentalnego pt. „Pilecki” w reżyserii Mirosław Krzyszkowskiego i wyprodukowanego przez Bogdana Wasztyla. Projekt zrealizowano z pieniędzy zgromadzonych w zbiórce publicznej, z której uzyskano 250 tysięcy złotych. Zaraz po seansie odbyło się spotkanie z twórcami obrazu, którego pierwsza połowa poświęcona została różnym trudnościom, z jakimi często spotkali się oni podczas wprowadzania swojego filmu do kin.

Widownia zadawała bardzo dużo pytań, w których dopytywano o różne sprawy, m.in. o to, dlaczego w filmie nie znalazła się córka głównego bohatera. - Pani Zofia w momencie, kiedy powstawał film bardzo ciężko chorowała, był problem, żeby w ogóle się z nią spotkać, a tutaj wymagany był udział rodziny na planie. Jest na planie filmu Andrzej, syn Witolda Pileckiego, który był z nami w różnych miejscach. Nie chcieliśmy jej narażać na niepotrzebny wysiłek dla jej zdrowia, dlatego jej w tych scenach nie ma – tłumaczy Mirosław Krzyszkowski, reżyser filmu.

Pojawia się także temat Józefa Cyrankiewicza, który był w tym samym obozie w Auschwitz razem z Pileckim i który potem, jak już w Polsce powojennej został premierem przedstawiany jest jako osoba, który mogła uratować Pileckiego od kary śmierci, a nic w tej sprawie nie zrobił. - Przy Cyrankiewiczu jest rzeczywiście dużo znaków zapytania. Ja jestem przeciwnikiem oskarżania kogoś, jeśli nie ma na to dowodów, dokumentów. Niektórzy próbują zarzucać Cyrankiewiczowi, że był agentem Gestapo w obozie, nic na to nie wskazuje. My staramy się trzymać faktów, ale potem jak już był premierem i chodziły do niego pielgrzymki więźniów, żeby coś zrobił, działał, by nie wykonano wyroku śmierci na Pileckim, wtedy on nie zrobił nic – przypomina Bogdan Wasztyla, producent filmu odsyłając jednocześnie w tej sprawie do książki, która ukazała się równolegle z filmem.

Zastanawiano się, czy przy większym budżecie nie można byłoby zrobić filmu z większym impetem i wymiarem, z lepszym sprzętem, by nadać mu charakter jakości na miarę produkcji hollywoodzkiej, dzięki czemu można by dotrzeć do większej liczby widzów. - Ja myślę, że kwestia techniki i wysokiego budżetu wcale nie przekłada się bezpośrednio na wysoką widownię. Gdybyśmy mieli kilka milionów byłoby na pewno łatwiej dla nas, ale większego przełożenia to by nie miało – tłumaczy Bogdan Wasztyla.

Wszystkiego w filmie nie uda się pokazać, dlatego i w tym przypadku zdecydowano się na pewną formę, która zachęci do dalszej lektury i poznania losów słynnego rotmistrza mającego dziś wielu sympatyków wśród ludzi młodych. - Chcieliśmy ukazać to drugie życie Pileckiego na tle rodziny i tak to wyważyć, żeby pokazać, że ten Pilecki wcale nie został zabity, on wciąż żyje w świadomości ludzi – zaznacza Mirosław Krzyszkowski. - Nastawiliśmy się na Pileckiego, nie jako bohatera, tylko jako człowieka – dodaje B. Wasztyga.

O przygotowaniach odtwórcy głównej roli rozmawiam z reżyserem już po zakończeniu spotkania z widzami filmu, temat rozpoczął się już podczas pokazu, kiedy mieliśmy okazję wymienić kilka zdań na ten temat gry Marcina Kwaśnego. - Te jego przygotowania były bardzo głębokie. Zaczął od lektury Tomasza a Kempis (była to książka inspirująca do walki Pileckiego – dop. red.) Różne były etapy jego życiorysu, w momencie podjęcia decyzji o wcieleniu się w postać Pileckiego on znajdował się na pewnym etapie nawrócenia. Potem czytał książki historyczne na jego temat, rozmawiał dużo z jego rodziną i gruntownie starał się wejść w tego Pileckiego od środka, od strony jego duchowości. To wszystko zaowocowało tym, że on powiedział, że zawsze jak gra jakąś postać, to stara się jej dać coś ciekawego od siebie. W tym przypadku stało się odwrotnie, to Pilecki dał mu coś, zmienił Kwaśnego na innego Kwaśnego. To jest najciekawsza część tej opowieści. Jest to dowód na to, że Pilecki potrafi zmienić nawet aktora, który go zagrał – w taki sposób wspomina pracę z aktorem na planie i poza nim Mirosław Krzyszkowski, reżyser filmu.

Wojciech Orłowski