O rycerzu Wincentym, synu Dzierżykraja
Dodane przez admin dnia Czerwiec 22 2015 21:00:00
Roku Pańskiego, w którym świat odetchnął z ulgą, bo zgładzono prawnuka Czyngis Chana, wodza Mongołów, emira Złotej Ordy, krwawego Nogaja, tego samego, który splądrował Kraków, w spokojnej i miodem płynącej Wielkopolsce właścicielem Kłecka był książę Władysław I Łokietek, pan i dziedzic rozważny na umyśle, który w tym samym roku wydał dokument pozwalający miastom karać śmiercią schwytanych łotrzyków, mieszczanom dał więc prawo ścinania rycerzy pojmanych na gorącym uczynku.
Treść rozszerzona
Dekretem tym mądry książę pokazał, że wszystkie stany wobec Boga i prawa równe są, o czym wiedział dworzanin książęcy Wincenty, syn Dzierżykraja. Powiadają, że starożytne imię Dzierżykraj nosili tylko wielcy i szlachetnego urodzenia, dzielni rycerze i wojewodowie, którzy dzierżyli w swych rękach kraj. Wincenty zatem z najzacniejszego w księstwie domu pochodził. Rycerzem był odważnym i dziedzicem dobrym dla ludu okolicznego, wierny Bogu Jedynemu. Posiadał wielki majątek, a jego ziemie ciągnęły się na wiele mil. Był tak dobry, że w testamencie po swojej śmierci wszystko kazał między poddanych rozdzielić, nawet między niewolnych darując im swobodę i prawo samostanowienia.

Jedną z włości Dzierżykraja była posiadłość pod Kłeckiem zwana Stępowo. W dawnych, pogańskich czasach, gdy jeszcze ludzie Światowida uważali za swego bożka i na wilkowyjskiej górze Wszeteniec cześć mu oddawali Stępowo było osadą, w której mieszkańcy zajmowali się łuskaniem ziarna na kaszę dla grodu kłeckiego, w czasach jednak Wincentego Stępowo było wioską rolną, skąd kmiecie za pańskim przyzwoleniem wywozili i sprzedawali zboże na kłeckich jarmarkach płacąc tylko dziesięcinę plebanowi ze św. Jerzego, który kościołem był rycerskim.

Powiadają, że tam gdzie złoto dźwięczy, tam się zło nie męczy. Chcąc przejąć majątek Wincentego źli i zazdrośni poddani uknuli spisek, jakoby rycerz w mieście dopuścić się miał zabicia syna kłeckiego burgrabii rezydującego w rozbudowywanym zamku, na co znaleźli się liczni świadkowie widzący, że to sam rycerz zepchnął z wieży owego młodzieńca. Na szczęście w Kłecku przebywał wówczas poznański pleban św. Marii Magdaleny, znany medyk książęcy, który zbadawszy ciało burgrabiego syna orzekł, że młodzieniec chorym być musiał od dawna i nie zginął z rąk innego człowieka lecz serce mu najpierw samo bić przestało. Stąd od kary śmierci odstąpił kłecki sąd z ławnikami i wójtem na czele uwalniając Wincentego, syna Dzierżykraja spod niechybnej śmierci.

Ten w podzięce zapisał majątek swój, w tym rzeczone Stępowo, gdzie mieszkali gnuśni wieśniacy, kościołowi św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Odtąd słuch o Wincentym zaginął. Powiadają tylko, że założył ostatnią złotą zbroję i ruszył ze swoją drużyną do Jeruzalem bronić pielgrzymów i tam dożywszy wieku sędziwego zmarł. Inni prawią, że świętości, niczym Franciszek z Asyżu, dowiódł już w Kłecku dzieląc się swą całą majętnością. Ponoć poznański pleban, znamienity medyk, obłożył klątwą mieszkańców podkłeckiego Stępowa mówiąc: „Źliście i okrutni, dobrodzieja swego zgładzić za przejęcie ziemi chcieliście, co niechybnie by wam się udało. Za to kładę na barki wasze brzemię, że wieś wasza zginie wyludnioną na wieki będąc a nazwa Stępowo zapomniana zostanie i zniknie z języków, gdy ostatni jej szlachetny dziedzic złożon w kościele będzie”.

Słowa plebana poznańskiego potwierdziły się, bowiem gdy zmarł ostatni dziedzic Stępowa, deputowany do sejmu szlachetny Józef Krzyżanowski, złożony w 1856 roku w kościele w Sławnie, wieś wyludniła się a domostwa zniknęły z powierzchni ziemi, odtąd już nie ma Stępowa. Powiadają również dobrzy ludzie, że duch syna burgrabiego z zamku kłeckiego błąka się po dziś dzień i kto chce może o północy usłyszeć głośny i ogromnie przeraźliwy głos człowieka, który spada z wysokiej wieży do wód zimnego jeziora. Ale cuda te tylko o pełni księżyca i przy padającym deszczu można zobaczyć, a żeby obłędu nie dostąpić świeżą garść ruty w prawej dłoni trzymać należy. Wielu jednak głupich się znalazło, co wszelkie zmysły potracili widząc ducha burgrabiowego syna, bo nad jezioro z zasuszonym ziołem poszli.

Dawid Jung