O mądrym aptekarzyku Andrzeju
Dodane przez admin dnia Czerwiec 15 2015 18:00:00
Za czasów starosty kłeckiego, walecznego Czarnkowskiego herbu Nałęcz, który w Kłecku bywał rzadko, głównie podczas zbierania podatków, miasto nasze, z powodu chciwego podstarościego zastępującego rządy starosty, dręczył okrutny wyzysk i niesprawiedliwość, bowiem podstarości kłecki jednych kupców faworyzował, innym natomiast groził i karał grzywnami, nie gardząc przy tym chłostą i dybami na rynku.
Treść rozszerzona
Zdarzyło się również, że Andrzej, syn kłeckiego piekarza i mieszczki wrócił do miasta z Krakowa, gdzie ukończył tam zacną akademię. W Kłecku zamierzał otworzyć swoją aptekę, jednakże podstarości zażądał wysokiej łapówki za kupno królewskiej parceli pod budowę nowej kamienicy według projektu szkockiego architekta, bowiem Kłecko od niepamiętnych czasów domem wielu szkockich uczonych i kupców było. Andrzej, ledwo co po studiach, nie mógł sobie pozwolić na taki wydatek, więc rozpaczliwy list napisał do samego króla.

Nie minęły trzy miesiące jak król wysłał posła z listem do podstarosty, oznajmiając: „Jego Królewska Mość, Pan Wasz miłościwie panujący, przysyła oto tych pięć wołów do podziału między podstarostę kłeckiego i aptekarza Andrzeja, które mają być przeznaczone na ucztę królewską, bowiem nie miną dwa tygodnie, jak sam król zagości w Waszym pięknym mieście i wysłucha każdego, komu krzywda się dzieje”.

Poseł nie zdążył jeszcze nawet za mury miejskie wyjechać, jak podstarosta ze swoją świtą woły przywłaszcza sobie, karząc ubić je na miejscu, najcenniejsze mięso i skóry bierze dla siebie, a resztki, ochłapy dosłownie pod nogi aptekarza rzuca śmiejąc się szyderczo. Ludzie pocieszali aptekarza Andrzeja, że krzywda im taka się dzieje już kilka lat i znikąd nadziei. Ale aptekarz ani myślał się poddawać. Zabrał najgorsze resztki mięsa jakie pozostały po potężnych wołach i schował je do piwnicy swojego ojca. Tymczasem kucharze podstarosty dumnie paradowali po mieście szczycąc się jakich to specjałów król się w Kłecku nie naje, i wszystko to będzie ich zasługą, bo najprzedniejsze jadło przygotują z najlepszych gatunków mięs.

Minęły dwa tygodnie, a król jak zapowiedział tak zawitał do bram miasta. Witali go wszyscy mieszczanie, orszak kilkuset konnych i pieszych wędrował ulicami, aż w końcu dotarł na rynek, gdzie stały przygotowane stoły bogato zastawione przez podstarostę i jego kucharzy. Król przy swoim rycerstwie, gdy skończyli grać kłeccy muzykanci i scholarze, kazał wezwać podstarostę, po czym rzekł: „Pięknie się sprawiliście. Widzę, że dbacie o ludzi, bo oprócz dwóch i pół wołu, które Wam przesłałem w darze, dołożyliście tyleż samo od siebie. Dobrze prawa królewskiego i starostowego w mieście pilnujecie”. Na co rozległ się krzyk kłecczan, że podstarosta pod nieobecność starosty kłeckiego wszystkie woły sobie przywłaszczył, a resztki, co psy nawet by nie tknęły, aptekarzowi Andrzejowi był pod nogi rzucił, by nimi nakarmić króla i cały dwór.

Rozgniewał się nasz władca, ale oto idzie do niego sam aptekarz ciągnąc lekki wóz, a na nim, jakie to cudeńko? A jak bajecznie pachnie? Na wozie andrzejowym stał wielki i groźnie patrzący spode łba tur wypieczony z ciasta o złotawo-brązowej skórce, a w środku, jakaż tajemnica się kryła? Król nie wytrzymał już i kazał sprawę Andrzejowi wyjaśnić, na co ten odrzekł władcy i tłumowi kłecczan: „Mądrym jest ten, kto potrafi zaradzić jak mając niewiele zrobić wiele. Wszyscyście widzieli, jak zły i samolubny podstarosta Wasz przygarnął królewskie woły dla siebie chcąc przed królem pokazać się jako sprawiedliwy i dobry dzierżyciel miasta, gdy w rzeczywistości zbój ten okradł mnie nie wykonawszy królewskiego polecenia i najgorsze truchło mi dał, abym króla nim nakarmił. Ale na wszystko jest sposób, który moja rodzina zna od pokoleń – nawet najsłabsze mięso nafaszerowane ziarnami pieprzu i korzeniem chrzanu trzeba wpierw zamarynować sześć dni w winie, następnie zmielić je z ziołami z kłeckich łąk, następnie przygotować formę i ciasto, zapiec w piekarskim piecu i tur żywy jak się patrzy!”.

Na te słowa roześmiał się król kazawszy ukroić cały łeb i podać mu, a gdy skosztował nieomal nie zemdlał z rozkoszy, tak dobre było to danie. A za królem rycerstwo, i nawet mieszczanom starczyło tak, że każdy skosztował tego kulinarnego przysmaku. Odtąd król nakazał Kłecku dwóch rzeczy – podstaroście za karę oszustwa za każdego woła w razie wojny wysłać dwóch zbrojnych rycerzy, co razem wyszło dziesięć, a Andrzejowi i mieszczanom strzec tajemnicy tej kłeckiej potrawy, która chlubę kuchni królewskiej przyniosła.

Do dnia dzisiejszego kłecczanie, już nie w turowej foremce, ale w mniejszej, zwanej „zającem” zapiekają w cieście lub bez ciasta marynowane i przemielone z ziołami mięso. Szczególnie w okolicach Wielkiej Nocy czynią to kłecczanie na znak, że Bóg wśród ludzi oprócz Miłości odradza na świecie również Sprawiedliwość i Nadzieję. Co się później stało z aptekarzem Andrzejem wiadomo tylko tyle, że najpiękniejszą w mieście wzniósł kamienicę, w której przez długie lata prowadził w rynku „Aptekę pod Złotym Turem” ratując życie biednym i bogatym.

Dawid Jung